Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY KSIĄŻKI

Stephanie Meyer – “Twilight” (Saga) – books and movies

ONA:

Z „Twilightem”, „Harrym Potterem”, Star Wars” czy innymi sagami jest tak, że albo ktoś się wkręci i przepadnie, albo i nie. Tak, wiem. Ściągam na siebie gniew boży, zestawiając historię o brokatowym wampirze z dziećmi Lucasa, ale moim zdaniem każdy rocznik  ma swoją wieloczęściową historię, która w jakiś sposób definiuje aktualne potrzeby rynku.Początkowo do dzieł Stephenie Meyer podchodziłam jeszcze bardziej sceptycznie, niż do bohaterów uczących się w Hogwarcie. Ot, kolejna moda. Kolejna histeria na punkcie wilków, wampirów i zwykłych, przeciętnych dziewczyn, które nagle okazują się och i ach. Moje podopieczne, których wiek już wszedł w fazę -naście, z wypiekami na polikach opowiadały mi historie, streszczając przy okazji pierwszy tom. A później gdzieś mimochodem obejrzałam wywiad z Dorotą Wellman, która sagę bardzo polecała. I ona, i ja mocno byłyśmy zdziwione (ale tak pozytywnie), że dziewczyny zżerają te grube knichy. A już sam fakt, że sięgają po te powieści i z entuzjazmem je czytają, to dla mnie powód do sukcesu. Jako, że staram się być w miarę dobrym pedagogiem i lubię czytać, pierwszy tom w moich łapkach pojawił się i wpadłam po uszy, odmładzając się tym sposobem o kilka dobrych lat. I tak jak wspomniałam, przy recenzji pierwszej części filmu (LINK), akurat w tym momencie kończyłam studia (dzienne!), pisałam magisterkę (która finalnie miała ponad 200 stron), pracowałam z dzieciarnią i robiłam jeszcze masę innych spraw. Więc kiedy pojawiała się wolna chwila, wierzcie mi – nie miałam ochotę na nic więcej, poza lekkim odmóżdżeniem. A kobiety są tak skonstruowane, że prędzej czy później, przez ich ręce przejdzie jakieś romansidło. Ja nie postawiłam na Danielle Steel, ja postawiłam na panią Meyer.

A ta recenzja będzie jednocześnie recenzją 4 książek i 5 filmów, które powstały pod wspólną marką.

Historia jest do bólu ckliwa. Isabella Swan jest dziwna. Jest odludkiem, który nie potrafi poukładać sobie swojego nastoletniego życia. Jej rodzice są po rozwodzie, a ona do tej pory mieszkała z mamą i jej facetem w słonecznym Phoenix. Jednak różnego rodzaju sprawy doprowadzają do momentu, kiedy przeprowadza się do ojca. Charlie mieszka w Forks, w mieście, w którym non stop pada deszcz. Tam Bella staje się „nowością” w szkole i o dziwo, dość szybko łapie kontakt z rówieśnikami. I jednocześnie w jej życiu pojawia się dwóch facetów: Jacob Black, „kolega z dzieciństwa”, który jest Indianinem i Edward Cullen, który jest boski i idealny (nie, ja tak nie uważam, jedynym facetem z którym ja sympatyzuję, jest Charlie). Wkrótce dowiadujemy się, że obaj panowie są delikatnie mówiąc – dziwni. Jeden jest wampirem, który skrzy się w słońcu jak diament, a drugi jest wilkiem (Dave podejrzewa, że zawsze gdy Jacob znika z planu, liże jajka, bo dosięgnie). I tak zaczyna się dziwny trójkąt. Dziwny, metafizyczny, nierealny… W kolejnych tomach historia dalej jest męczona, analizowana, przerywana, by potem z hukiem wrócić. Poznajemy całe legendy o tym jak kolejni bohaterowie zmieniali się w wampiry, poznajemy plemienne wierzenia o tym jak działa wilcza sfora. Po drodze rywale wielokrotnie muszą współpracować by ochronić Bellę. Zasadnicze pytanie dotyczy jej przyszłości. Kim będzie, co się z nią stanie i w końcu kogo wybierze.

Jeśli natomiast chodzi o filmowe adaptacje, to są o wiele gorsze, niż wydanie papierowe, ale tak zwykle bywa. Powieści można zarzucić, że jest pisana bardzo prostym językiem, bez wysiłku się to czyta, ale całość jest dość miałka. Okej, jest nudnawa i ma przedłużające się momenty, w których bohaterka zastanawiają się, czy na śniadanie zjeść jajko, czy płatki. I tak przez 4 tomy. Natomiast w filmie to wszystko stało się rzeczywiste. Aktorzy dobrani są w całkiem uroczy sposób. Kristen Stewart nie zamyka ust, ciągle wykonuje te same gesty, jej poziom aktorstwa jest żenujący. Robert Pattinson gra w sposób mega, mega męczący. Jego bohater ciągle przeżywa rozterki jak baba, do tego wystylizowany jest na XIXwiecznego amanta, który przepełniony jest moralnością i nie umie zrozumieć tego, że jego ukochana też chce być wampirem. Wychodzi mu to strasznie. Taylor Launter z kolei, miał chyba w kontrakcie zapisane, by ciągle ściągać koszulkę, eksponując swoje muły. Jego rola, wśród tych głównych odznacza się tym, że Jacob jest dowcipny, nieco zadziorny. To też widzimy w filmie. Niestety, gdy po raz pierwszy w sieci zobaczyłam parodystyczny rysunek przedstawiający go jako alpakę, już nic nigdy nie było takie, jak dawniej. Taylor to alpaka. Na szczęście, jest kilku bohaterów, którzy zagrani są całkiem zgrabnie. Billy Burke w roli tatusia Belli wypadł nieźle. Zupełnie nie przeszkadzał mi również Peter Facinelli, który grał rolę taty wampira. Reszta błądzi. I zagranie w takiej superprodukcji, która do tego miała 5 części, już chyba na zawsze oszpeci aktorów, którzy będą się kojarzyć wyłącznie z tym dziełem. Daniel Radcliffe, Eliah Wood, Mark Hammill – powitajcie w klasie nowych…

Ale jest jedna rzecz, która mnie w filmowych adaptacjach powieści Meyer urzeka. Bardzo podoba mi się sposób prowadzenia kamery, po tych wszystkich zakątkach lasów, z widokami od góry, z dość niezłą dynamiką i niebiesko-zielonym filtrem, który sprawia, że klimat wydaje się jeszcze bardziej surowy i deszczowy. Całkiem niezła okazała się być również muzyka, autorzy postawili na współczesne zespoły, takie jak Muse, Paramore, Linkin Park itd. No i jest jeszcze coś, co podoba mi się bardzo. Ciuchy i stylizacje to raz. A dwa to dom Cullenów. Idealny. Przestrzenny, oddalony od zgiełku, wybudowany w samym środku lasu, z ogromnymi oknami, z książkami, z muzyką. To najpiękniejszy bohater filmu, na którego mogłabym patrzeć bez przerwy…

Co jakiś czas na rynku pojawiają się kolejne romansidła, gdzie fabuła praktycznie zawsze jest taka sama. Nieważne, czy historia osadzona jest w Anglii, kilka wieków temu, czy w deszczowym Forks. Nieważne, czy męscy bohaterowie są żołnierzami, czy wilkami. To wszystko jest nieważne. Niech i to będzie ckliwe, słodkie aż do porzygu, Jeśli komuś się to dobrze czyta, dobrze ogląda, to proszę bardzo. Ja w całej mojej niechęci zobaczyłam całą sagę, rżąc w kinie i obśmiewając kolejne dziwne akcje, ale podczas seansu ostatniej części, byłam zamurowana. Autorzy ostatniego odcinka w scenie finalnej bitwy zastosowali całkiem niezły chwyt, który może nie wciska w fotel, ale solidnie pobudza krążenie. Gdy już wszystko się wyjaśniło, w ciemnej kinowej sali rozległo się wspólne „Ożesz ty!” i nawet Dawid otworzył lekko paszczę.

Nikogo nie namawiam. Do mnie zupełnie nie przemówił „Harry Potter” więc znam to uczucie, gdzie szlag cię trafia, bo nawet podpaski mogą mieć nadruk z młodym czarodziejem. Podejrzewam, że gdy na ekrany kin wejdą przygody masochisty Grey’a i jego naiwnej ukochanej, będziemy mieli powtórkę z rozrywki.

Całość trzeba traktować z przymrużeniem oka.

ON:

„Za czasów mojej młodości wampiry ssały krew, a nie kutasa”. Pozwoliłem sobie zacytować tego mema, który krąży po sieci. Bo dla mnie wampiry to te, co za nic mają ludzkie życie. Dla nich jesteśmy tylko workiem krwi i mięcha, zaspokajającym ich pragnienia. To Lestat, który nihilistycznie podchodził do „nieżycia”, to hrabia Dracula, a także pacyfistyczny Regis z „Wiedźmińskiej sagi”. Ale kilka lat temu niejaka Stephanie Meyer urodziła (mam nadzieję że w bólach) sagę o współczesnych nastoletnich wampirach (przy okazji upychając do książki wilkołaki), która okazała się ogromnym przebojem.

O książce nie powiem za wiele, bo poza tym, że ma cztery opasłe czarne tomy, nie wiem o niej nic. Stoją sobie one dumnie na półce koło „Czarnej wieży” Kinga i pocierają się o jej okładkę, bo marzą o tym, aby przeszło na nie trochę zajebistości. O filmie mogę powiedzieć więcej, gdyż maiłem okazję obejrzeć całą „Sagę Zmierzch” i głowy mi z tego powodu nie urwało. Co nie oznacza, że nie zostały poczynione trwałe uszkodzenia mojego mózgu, który czasem nie mógł poradzić sobie z tym obrazem.

Poznajmy zatem najważniejsze postacie występujące w tej historii:

Bella Swan – znana także jako przestraszona, zawstydzona dziewczyna. Miała być pewnie alter-ego niejednej amerykańskiej lub kanadyjskiej nastolatki, która szuka swojej wielkiej miłości, a że ponieważ sama jest tak zryta jak pole po orce, trafia na dwóch facetów. Jeden jest wampirem, a drugi wilkołakiem. Bella przeprowadza się do ojca, będącego policjantem i w nowym miejscu stara sobie ułożyć swoje życie. Jej gesty, zarzucanie włosów za ucho, ciągle rozchylone usta potrafią doprowadzić do rozstroju nerwowego.

Edward Cullen – wybranek Belli. Metroseksualny wampir, który błyszczy się w słońcu jak psu jajca. Jest wampi-pacyfistą, i zamiast krwi ludzi, poluje czasem na sarenkę co na mrozie nie może i czeka na ciepły oddech. Edward mieszka z cała swoją wampirzą rodziną w głębi lasu, w domu marzeń. Określenie „wpadnij do nas na kolacje” mogło by nabrać u Cullenów innego znaczenia. Edzio jest strasznym emo, smutne oczy zbitego psa stara się zakamuflować idealną fryzurą i markowym ubraniem. Każda laska w szkole dała by sobie nogę w udzie uciąć, aby ją wziął gdzieś na tylnym siedzeniu jego samochodu, ale on zakochał się w „brzydkim kaczątku Swan”.

Jacob Black – przyjaciel Belli, który mieszka w rezerwacie wraz z innymi czerwonoskórymi. Jacob ma problem, gdyż dorasta i nie wie dlaczego na jego ciele pojawiają się włosy oraz jaki jest powód tego, że cały czas ma ochotę sam lizać się po jajach. Odpowiedź przychodzi z czasem. Młody Black jest wilkołakiem, co za tym idzie – jego psie instynkty kierują jego poczynaniami. Jacob jest ogromnie zazdrosny o Edwarda, gdyż uważa, że ten zrani Bellę. Dodatkowo okazuje się, że wampiry i wilkołaki są naturalnymi wrogami, co tylko potęguje napięcie miedzy facetami.

Aro Volturi – największy wróg powyższych. Volturi są klanem, który najbardziej przypomina znane nam z powieści grozy stwory nocy. Są bezwzględni, przypominają trochę Venturów z „Wampira: Maskarady”, są dostojni, klanowi, lubiący bywać na salonach. Aro od pierwszej części ma problem z nieposłusznymi Cullenami, potem z wybranką Edwarda, a nawet z Renesmee. Możliwe, że jest to syndrom małego penisa, może w dzieciństwie zakonnica biła go linijką po rękach, albo ksiądz kazal zjadać „kremówki salezjańskie”, ciężko powiedzieć. Ważne jest, że gdyby nie Aro, to Bella, Edward i Jacob nie za bardzo mieliby co robić.

„Saga Zmierzch” jest przesycona emocjami, ale jest to przesyt doprowadzający do bólu zęba. Edzio i Bella są słodcy do zarzygania, Jacob od 2 odcinka ma w kontrakcie wpis, że musi przynajmniej trzy razy pokazać swoją nagą klatę. Wszyscy inni są tacy jacyś zabłąkani. Nie jest to film dobry, ale nie jest także zły. Przyznam bez bicia, że zabieg zastosowany w ostatniej części ostro zaskoczył widzów, w tym mnie.  Marka “Zmierzch” znalazła na świecie ogromną masę fanek i pewnie fanów, więc coś w sobie musi mieć. Ja go zobaczyłem raz i to wystarczy. Albo jestem już za stary, albo nie kręcą mnie metroseksualni krwiopijcy. A czy oglądać – zadecydujcie sami.