ONA:

Pamiętam te zamierzchłe czasy, gdy biegliśmy po szkole do domów, by obejrzeć kolejny odcinek „Drużyny A”, który pojawiał się na Polsacie popołudniami. Dziewczyny szalały za Buźką, chłopcy za potężnym B.A. Ja nie za bardzo przepadałam za ich przygodami, ale oglądałam, bo wszyscy oglądali. 

W 2010 roku w kinach pojawiła się filmowa wersja, którą pokochałam za kilka rzeczy.

Po pierwsze: obsada. Bradley Cooper to idealny „Face” – taki jak być powinien, czyli zabójczo przystojny, cwany i niebezpieczny. Liam Neeson wydaje się być stworzony do roli pułkownika Hannibala, a Sharlo Copley, którego ponoć znam z „Dystryktu 9”, w roli zdrowo piźniętego Murdocka, spisał się rewelacyjnie. Nie jestem przekonana jedynie do nowego Baracusa, bo jednak Mr. T. w tej roli odnalazł się o niebo lepiej. Nie sposób nie wspomnieć o pannie Biel, która zagrała depczącą po piętach Drużyny A, kapitan Sosa. Tak, Sosa i Face byli parą, a napięcie seksualne pomiędzy nimi wylewa się z ekranu, mimo, że ona udaje obojętną.

Po drugie: sensacyjność. Kawał rewelacyjnego kina akcji, z mnóstwem pościgów, strzelanek, różnego rodzaju pomysłów na zabijanie wrogów i wychodzenie z opresji. Pokażcie mi inny film, w którym bohaterowie „lecą” czołgiem albo „żonglują” kontenerami, by zmylić wroga. Jest to zabawne, kiczowate, zupełnie odrealnione, ale nie interesuje mnie to całkowicie. Dla mnie jedynym kryterium jest to, że dobrze mi się takie głupoty ogląda.

Po trzecie: historia. Nic nie jest tu oczywiste i banalne. Są i zwycięstwa, i porażki. Jest i lojalność, i zdrada. Są przyjaciele, wrogowie, kochankowie, rywale. W filmie widzimy jak w ogóle powstaje „Drużyna A”, poznajemy ich dalsze losy, aż do momentu, kiedy niesłusznie oskarżeni tracą wszystko i lądują w pierdlu. Plama na honorze to ujma dla każdego wojaka. Hannibal za wszelką cenę postanawia ją wyczyścić, odbijając z pierdli kolejnych przyjaciół. A potem pozostaje tylko rozwiązanie zagadki kto im ufundował takie wakacje, kto za tym wszystkim stoi i najważniejsze, kto ma matryce, którymi można drukować dolary. Całą sprawę próbują rozwiązać z charakterystyczną dla nich gracją i pomysłowością.

Film rewelacyjny. Jest dynamika, jest intryga, jest humor. Zaklaszczę radośnie (uszami) gdy pojawi się kolejna część.

ON:

Jak bym miał jednym słowem podsumować pełnometrażowy „The A-Team”, to zdecydowałbym się na jedno słowo – „rozpierducha”. Film ze znanym serialem z lat 80-tych nie ma wiele wspólnego, ale to dobrze. Nie byłem jego wielkim fanem. Pamiętam go z lat młodzieńczych, jak leciał w godzinach popołudniowych, na stacji mającej słoneczko w logo i która rozdawała paszporty. Tym bardziej sceptycznie podchodziłem do tej komedii akcji, wyreżyserowanej przez Joe Carnahana.

Jest ich czterech, łączy ich przeszłość – służba w „rangersach”. Są najlepsi w tym co robią. Jeśli masz kłopoty i już myślisz, że nie ma ratunku, zacznij szukać „Drużyny A”. Pułkownik John ‘Hannibal’ Smith jest mózgiem każdej operacji: analityczny, powściągliwy i przewidujący. Dzięki temu człowiekowi każda, nawet beznadziejna misja, zakończy się sukcesem. Mimo swoich lat nie zapomniał także czym jest kulturalny wpierdol i potrafi go dać komu trzeba. Kolejny z nich to Porucznik Templeton ‘Buźka’ Peck, przystojniak i bajerant. Trzeba coś zwędzić, podmienić, załatwić – to wystarczy mu to zlecić. Poza tym, ma on jeszcze jedną umiejętność. Kobiety przy nim robią się miękkie, oczy zaczynają im się szklić, usta rozchylają i wydobywa się z nich jęk rozkoszy. Trzeci to Sierżant Bosco ‘B.A.’ Baracus, specjalista od pojazdów, broni ciężkiej i mordobicia. Potężnie zbudowany, czarnoskóry żołnierz, którego nie zatrzyma nawet rozpędzony parowóz. I ostatni, najbardziej szalony i przez to barwny Kapitan ‘Howling Mad’ Murdock. Jest to pilot jakich mało. Jeśli coś ma śmigło, to na pewno tym poleci, nawet jeśli miałby to być wiatrak. Jego zachwiana osobowość dodaje barw całej drużynie. Bo kto piecze steki z dodatkiem prochu strzelniczego?

Dostają oni nieoficjalną misję od Generała Russella Morrisona. Pojechać do Bagdadu i odzyskać matryce, dzięki którym terroryści drukują ogromną ilość amerykańskich dolarów. Akcja, która dla innych byłaby nie do ugryzienia, dla nich jest po prostu kaszką z mleczkiem. Powrót do bazy to już tylko spokojny przelot po nieboskłonie. Panowie lądują i czekają na generała, który jest w drodze. Jakież jest ich zdziwienie, gdy samochód którym dojeżdża do strefy lądowania wylatuje w powietrze, a gdy oni chcą go ratować, jacyś zamaskowani kolesie zabierają matryce, wysadzają kontener i uciekają gdzie „pieprz rośnie”. Taka ekipa ekspertów, a dali się zrobić jak dzieci. Wszystko to było grubymi nićmi szyte, a „drużyna bohaterów” staje przed sądem wojskowym. Wyrok może być jeden – degradacja i więzienie. „This is bullshit!!” krzyczy Hannibal. I ma rację, bo wszystko wskazuje, że jest to typowe polowanie na czarownice. Po odsiedzeniu 6 miesięcy w więzieniu, w którym John odbywa karę, pojawia się z propozycją pan Lynch. Deal jest prosty: znajdujecie matryce, macie swoją zemstę, a my, czyli CIA czyścimy wam akta. Tylko głupi by się nie zdecydował na taki układ. Aby uciec z więzienia trzeba najpierw umrzeć. A jeszcze lepiej, jak po śmierci opowie się dowcip: „So, the Satan walks into a Bar…” Po piętach Hannibala, a za chwile całej drużyny, depcze ambitna, zdegradowana po utracie matryc, pani Kapitan Charisa Sosa. Dorwanie zbiegów postawiła sobie za punkt honoru. Zaczyna się sensacyjny przekładaniec. Drużyna A vs. złodzieje matryc vs. CIA vs. pani Charisa. Kto wyjdzie cało z tej sytuacji? Kto zdradził i dlaczego? Dowiecie się oglądając do końca „The A-Team”.

Film jest typem wakacyjnego kina rozrywkowego. Znajdziemy w nim bzdury, typu beczki wykonanej przy pomocy Bell UH-1, czy „desant czołgu” z wysokości 6 tysięcy metrów. Poza tym, dużo będzie śmiesznych akcji, szczególnie w wykonaniu Murdocka, którego po prostu nie da się nie lubić. Jeśli potrzeba wam komedii, odmóżdzacza na wieczór przy piwku, to trafiliście w dziesiątkę, to jest kino dla Was. Dla mnie mimo tych wszystkich głupotek film na TAK!