ONA:
Szczerze powiedziawszy to nie mam pojęcia jak zacząć. Bo z jednej strony ja zawsze podziwiam osoby, którym „coś” się udaje, które wyszły poza określony schemat. Wydanie książki to dla mnie powód do zazdrości. Też bym chciała. Może kiedyś. Może się uda. Ale… Czy każda myśl zasługuje na to, by wydać ją i nazwać książką? No właśnie. I teraz jesteśmy przy tej „drugiej” stronie. Okej, skoro jest popyt, zainteresowanie, a finalnie publikacja się sprzedała, to super. Znowu mogę zazdrościć. Tylko…
Jestem skrajnie odporna na wszelkiego rodzaju „coaching”, poradniki, warsztaty dotyczące motywacji. Próbowałam, poważnie, ale albo trafiałam na coś, o czym już dawno wiedziałam, albo było to podane w takiej formie, jak na spotkaniu nawiedzonych wyznawców jakiegoś kolejnego, dziwnego boga. Mam sobie wmawiać, że jestem diamentem? Mam sobie napisać szminką na lustrze, że jestem najmądrzejsza, najpiękniejsza, najcudowniejsza i wszystko, co dotknę, zmieni się jak po zetknięciu z magiczną różdżką? No ok, czasami się zdarza. Podeszłam do tej książki z ogromnym dystansem. Ja nie wierzę w takie rzeczy. Upchnęłam je gdzieś między istnienie boga a Atlantydę. Za moją moc sprawczą nie odpowiada nikt inny, jak tylko ja. Żaden poradnik, żaden coach, żadna powieść motywacyjna. Wiem, że są ludzie, którzy potrzebują takiej formy „rozpędu”. Tylko czemu mam wrażenie, że muszą ciągle się stymulować, ciągle coś czytać, gdzieś się szkolić, by utrzymać ten flow?
Z jednej strony „Thorn” podobał mi się bardzo. Jason Hunt skutecznie odcina się od czasów Kominka. Ma uroczego psa, potrafi opowiadać, chociaż ja nie należę do grona jego wyznawców. Nigdy nie należałam. Trochę mnie przerażał. Ta książka jest faktycznie inna. Jest inaczej zbudowana, chociaż to przecież nadal tylko okładka i strony z drukiem. Nikt od nowa nie wynalazł koła. Całe to zamieszanie wokół owej „powieści motywacyjnej” było ogromne. Z jednej strony super i hiper radość, zachwyt i same pozytywne recenzje, a z drugiej fala pomyj, kpienie, szydzenie i do tego podbijanie tematu, że sikają pod siebie wyłącznie koledzy z „blogerskiej” gałązki.
Widzę w niej i plusy, i minusy. Niewątpliwą zaletą jest to, że jest „jakaś”. Że nie jest kolejnym oczywistym poradnikiem o żabach, chociaż tak naprawdę jest. Fani pisaniny Tomczyka powinni być zadowoleni. On ich wychował pod siebie, pod swoje słowa, pod swój styl. Niestety, na tym dla mnie „zalety” się kończą. Przebrnięcie przez książkę mnie bolało. Moralizatorstwo mnie bolało. Utarte hasła, oczywistości i banały. Truizmy, których nie powstydziłby się sam Coelho. Fabuła? Jaka fabuła? Nijaka. Nie potrafiąca wciągnąć i porwać. Najpewniej jestem teraz hejterem, ale nie można siebie oszukiwać tylko dlatego, że tak chce tłum.
Cudaczne dzieło – dla mnie kompletnie bez sensu. Przeczytałam w jeden wieczór. Krótki. Nie dlatego, że mnie pochłonęła, a dlatego, że nie było w niej za dużo treści.
