ONA:
Nigdy nie widziałam „Kariery Nikodema Dyzmy”. Nie wiem nawet za bardzo o co w tej produkcji chodziło, ale mój dziadek zawsze mi powtarzał, że to był najlepszy serial jaki kiedykolwiek oglądał. Potem postanowiłam zderzyć jego gust z moim, puszczając mu „Karierę Nikosia Dyzmy”. Nigdy nie zapomnę tego wieczoru, który spędziliśmy razem, rżąc jak dwoje debili i uśmiechając się do telewizora, zażerając się paluszkami ze sezamem. „Nikoś” dziadkowi też bardzo się spodobał. Minęło wiele lat. Dużo się zmieniło w tym czasie i ja już nigdy nie siądę z dziadkiem do tego filmu, chociaż wspomnienia pozostaną na zawsze. Ale nie zmieni się to, że film Jacka Bromskiego jest naprawdę rewelacyjną, polską komedią, w takim dobrym stylu.
Nikoś jest takim trochę życiowym łazikiem. Pracuje jako grabarz, a szans na nagłą zmianę zawodu nie ma zbyt wiele. Coś by tam niby chciał zrobić, ale mu to zupełnie nie wychodzi. I nagle w jego ręce wpada zaproszenie na bankiet. Na salonach pojawia się nagle i od razu „elita” bierze go za jednego ze swoich. Dyzma po prostu wpadł w oko kilku osobom, którym nawet nie przeszło przez myśl, że pół-dziki, dziwny, pyskujący facet, może być kopidołem z przypadku! Jego niewyparzona morda w połączeniu z naiwnością i głupią odwagą sprawiła, że z nikogo, z zupełnego szaraka, stał się kimś – kimś ważnym, kimś popularnym, kimś, kto może coś robić, może rządzić. Z miejsca stał się jednym z tych, z którymi warto bywać. Od razu otoczył go wianuszek osób, tylko te „przyjaźnie” nie były bezinteresowne. Nikosiowi wydawało się, że coś zaczął znaczyć. A on tylko stał się marionetką. Z miejsca dostał kujonowatego przydupasa, który za niego odwalał całą brudną robotę. On stał się populistą, pseudo-politykiem, który niezbyt wiele robi, ale wszystko potrafi ubrać odpowiednimi słowami, żeby było dobrze, żeby motłoch był zadowolony. Na szczycie pojawia się szybko i za wszelką cenę chce się na nim utrzymać. Ale będzie ciężko.
„Kariera Nikosia Dyzmy” to bardzo bolesna parodia polityki i bawienia się w prezesowanie. Bo nas, widzów, którzy wygodnie siedzą na kanapach, to bawi – humor jest tu nieprzeciętnie dobry, a potem zostaje kac moralny, jak po zachlaniu mordy i obudzeniu się obok niewłaściwej osoby. Po prostu w którymś momencie zaczynasz zdawać sobie sprawę z tego, że to nie jest totalnie wyimaginowana fabuła. Takich Nikosiów w naszej rodzimej polityce jest na pęczki i wszyscy oni nas jednakowo dymają. Ale odcinając się od tej bolesnej prawdy – postaram się skupić na samym filmie, bo jest on bardzo dobry.
Mam dziwne wrażenie, że te kilka(naście) lat temu albo aktorzy jeszcze nie byli tak cholernie zmanierowani, albo po prostu bardziej się starali, bo w filmach z tamtych lat o wiele lepiej grają, niż teraz. Poszczególne postacie są bardzo dobrze wykreowane, skupiają uwagę i są świetnie dopasowane. Czarek Pazura jako Dyzma jest szalenie autentyczny, a Roman Kiliński, prywatny przedsiębiorca, nie mógł dostać lepszego aktora, niż Andrzej Grabowski. Ewa Kasprzyk, wcielająca się w apetyczną panią senator jest petardą i nie odrzuca tak bardzo jak Rysia Siarzewska z „Kilera”. Zajebistą rolę ma również Krzysztof Globisz, który wcielił się tu w ministra Jaszuńskiego, któremu Dyzma zwędził sprzed nosa żonę – Jadzię. Postać tą bardzo dobrze wykreowała Ania Przybylska, która jak nikt nadawała (nie mogę uwierzyć w to, że użyłam czasu przeszłego, wielki smutek) do kreowania takich postaci. Ta świetna obsada, w połączeniu z naprawdę „jakąś” fabułą i rewelacyjnym humorem doprowadziła do tego, że o tym filmie potrafię mówić wyłącznie w samych superlatywach. To kolejne dzieło z gatunku klasyków, z takimi tekstami, że głowa mała.
ON:
W ramach kolejnego dnia z polskimi komediami trafiło na „Karierę Nikosia Dyzmy”. Nie można tego filmu porównywać co dzieła z Romanem Wilhelmim, ale jakby nie patrzeć to dwa, zupełnie różne, oddalone od siebie o lata świetlne, obrazy.
Nie uważam, że film w reżyserii Jacka Bromskiego, to komedia idealna – oj nie. Dużo tutaj nijakości i polskiej filmowej biedoty, chociaż z drugiej strony „Kariera Nikosia Dyzmy” broni się przerysowanymi postaciami i scenariuszem, który jest satyrą na współczesnych polityków oraz biznesmenów.
Nikoś to pomocnik grabarza, facet w kwiecie wieku, który poza rudą czupryną oraz darem pięknej mowy nie ma nic. Wychowany w domu dziecka, bez żadnego wykształcenia, zaczyna swój dzień od wódeczki, którą pije wraz z dwoma innymi takimi jak on. Dnia jednego podczas transportu nieboszczyka na cmentarz w jego ręce wpada zaproszenie, skierowane do nieżyjącego już pana domu. Na kawałku papieru znajduje się przepustka do innego, może lepszego życia. Przekonany przez kolegów Nikodem zakłada szykowne wdzianko, które normalnie ubiera do pracy i ląduje na imprezie. Tutaj wychodzi z niego standardowe „Pollakko”, czyli sałatki najebać na talerz, że da się pół pułku wojska nakarmić, a i wódeczkę można przecież wypić na zapas. Lekko już zrobionego rudego potrąca przechodzący obok jegomość. Z ręki Dyzmy spada talerzyk, a sałateczka rozbryzguje się na podłodze. Całą sytuację nasz prostak podsumowuje „Wpuścić chamstwo na salony”, dla lepszego efektu dorzucił jeszcze jakąś kurwą lub dwiema i w ten oto sposób stał się bohaterem wieczoru. Wszyscy wielcy z elit biegną do niego z gratulacjami, bo ktoś odważył się nakląć nielubianemu politykowi w twarz. Tak właśnie rozpoczyna się pełna pomyłek i sukcesów kariera Nikodema Dyzmy.
Film ten naśmiewa się z elit, z tego, że każdy ryj u żłoba, jak już się do niego przyssał, można amputować tylko razem z dupą. Niezmienność elit rządzących jest tak normalna jak śnieg w zimie. Nie musisz mieć wykształcenia i znać się na swojej pracy, ważne, że ktoś ci pomógł, załatwił, wykombinował. To wszystko jest tutaj pięknie pokazane i na dodatek zrobione jest w śmieszny sposób. Trzeba przyznać, że może to przemówić do widza -tak stało się w moim przypadku.
„Karierę Nikosia Dyzmy” spokojnie można zaliczyć do komedii, które mogą się podobać. Cezary Pazura jest tu jakiś „prawdziwy”, przekonujący, podobnie jest z resztą aktorów, ale czy trzeba się starać, aby zagrać świnię przy korycie?
