ON:
„Młody Einstein” to film, który naśmiewa się ze wszystkich świętości naukowych, jakie są nam znane. Tylko tutaj Albert Einstein jest synem tasmańskiego farmera, gra na elektrycznych skrzypcach i odkrywa „roll and rock”. To jedna z tych absurdalnych komedii, mających na celu wywołanie salw śmiechu. Czasem jej się to udaje, czasem nie. Co najlepsze, podczas wczorajszego seansu zdałem sobie sprawę z tego, że znam ten film praktycznie na pamięć. No w końcu byłem w kinie na jego premierze. Gdzieś na początku lat 90-tych.
Poznajcie Alberta, mieszkającego w Australii, a dokładnie na Tasmanii, syna lokalnego „jabłczanego króla”. Młodemu chłopakowi nie za dobrze szło pracowanie w sadzie, jak sam wspomina „chce być fizykiem”. „A co będziesz hodował?” – zapytał go ojciec. Od młodych lat widać było, że farma nie jest jego naturalnym środowiskiem, kocha on naturę, uwielbia zwierzaki, ale nie ma ręki do pracy na roli. Widząc jego zapędy ojciec zabiera go do starej szopy, w której jeszcze dziadek warzył piwo. Złoty napój ma jednak wielki feler – brak bąbelków. „Jeśli uda ci się wytworzyć bąbelki, będziemy sławni” – powiada do niego ojciec. I tak, dzięki kilku kuflom złotego napoju, Albert wpada na to w jaki sposób rozszczepić atom
piwa, a wszystko zwiera się w sławnym E=mc2. To odkrycie powoduje, iż rodzice wysyłają „swoją chlubę” do miasta, aby opatentował swoje odkrycie.
Teraz następuje dla mnie jedna z najlepszych scen jakie pamiętam z kina końca lat 80-tych. Trwa ona około 4 minut, podczas których Einstein wędruje po bezdrożach Australii. Na pustyni wkłada do kieszeni jaszczurkę, wspina się po skałach, brnie po pas w śniegach. Ale nie to jest kwintesencją tych kilku minut, a genialny, wręcz przyprawiający o dreszcze utwór będący uzupełnieniem obrazu. To „Great Southern Land” zespołu Icehouse. Pierwszy utwór z mało znanej płyty „Primitive Man” nagranej w roku 1982. Dla mnie niedoścignione synthpopowe granie, wyprodukowane przez Keitha Forseya, późniejszego zdobywcę Grammy oraz producenta Simple Minds i Billy’ego Idola.
Ale wracając do filmu, bo mnie trochę poniosło. Nasz bohater wsiada do pociągu, w którym spotyka Marią Curie oraz bufona Prestona Prestona. Następuje wymiana uprzejmości, a nasz obdarty podróżnik zyskuje nieoczekiwanie zainteresowanie młodej pani naukowiec, gdyż wygłasza swoje teorie. To ich pierwsze spotkanie stało się katalizatorem kolejnych wydarzeń. Po dojechaniu do miasta odkrywca teorii względności spotyka się z brutalną rzeczywistością. Zmuszony jest do wynajęcia obskurnego pokoju, który współdzieli z karaluchami oraz fauną wodną zamieszkującą łazienkę. W tym miejscu spędza kolejne dni, poświęcając się pracy naukowej oraz zawodowej. Spotyka się także z Marią, będącą coraz bardziej zafascynowaną osobą młodego Einstaina. Naukowiec cały czas tworzy, wymyśla nowy gatunek muzyki zwany „roll and rock”, kształci hotelowe dziwki oraz konstruuje elektryczne skrzypce. Całość historii oczywiście opowiedziana jest z odpowiednią dawką absurdu i humoru. W tym samym czasie Preston postanawia zaś ukraść wzór Alberta i wykorzystać go do swoich celów, zaś naukowca osadza w szpitalu dla umysłowo chorych, gdzie jest specjalny oddział dla szalonych naukowców. Dzięki interwencji zakochanej w Tasmańczyku Curie, udaje mu się wydostać ze szpitala i wyrównać rachunki.
Nie mogę powiedzieć, że to świetne, wspaniałe i pouczające kino. Nie jest tak, nie ma się co okłamywać. Ale z racji, że mam do tego filmu sentyment, oglądam go z wielką ochotą, za każdym razem gdy tylko mam okazję. Robię to dla kilku naprawdę świetnych scen, mimo to, że całość po prostu prostuje zwoje mózgowe. Każdy, kto wychował się na tym kinie będzie wiedział o co chodzi.
ONA:
Dorosłość zaczyna się wtedy, gdy przytłaczają cię rachunki, kredyty i obowiązki, gdy jedynym dniem wolnym okazuje się być niedziela, pod warunkiem, że nie przeznaczasz go na zakupy. I właśnie, nagle okazuje się, że zakupy to nie tylko ciuchy, buty, kosmetyki i książki, ale to też żarcie, pieprzona chemia, którą czyścisz kibel (tak, czyścisz kibel niezależnie od posiadanego wykształcenia). Dorosłość czasami ma lepsze momenty, kiedy możesz spaść na ryj po bibie, zaliczając beton, bez oburzonego wzroku matki. Ale niestety, dorosłość to również stan, w którym twoje dziecięce ideały zdychają z głodu.
Doświadczam tego codziennie. Nagle okazało się, że współcześni idole są młodsi ode mnie, a coś, co działo się niedawno, miało miejsce dekadę temu. A ja jeszcze nie mam nawet trzydziestki! To co się potem dzieje?! Wiedza życiowa i ta książkowa też wypierają wszystkie złudzenia. Świat legnie w gruzach gdy uświadamiasz sobie, że tabletka nie wędruje po organizmie, gdy cię boli, tak jak w reklamach. I do tego zaczyna nawalać twoja pamięć, paradoksalnie – bo dopiero teraz jej potrzebujesz. Nie ruszam się z domu bez kalendarza, a jak już go zapomnę, wpadam w panikę, bo zapominam jak się nazywam. I to, co śmieszyło 15 lat temu, nie śmieszy wcale… Przekonałam się o tym wczoraj, oglądając film „Young Einstein”.
To był prawdziwy powrót po latach. Pamiętam, że po raz pierwszy widziałam go na Polsacie, ze 2 miliony lat temu. Wtedy zalewałam się łzami. Wczoraj siedziałam nieco stępiona. Dlaczego? Po pierwsze, przez ten czas stałam się wielką fanką Alberta E., który mnie oczarował kompletnie. Jakbym miała wybrać mojego ulubionego rockstara, to byłby nim genialny fizyk. Kocham jego poczucie humoru, kocham dystans, jaki miał do wszystkiego i absolutnie go podziwiam. A w filmie Yahoo Seriousa moja świętość została sprowadzona do błahostki. Albert bowiem nie pochodził z niemieckiej rodziny, a z australijskiej. Tasmańskiej wręcz. Jego rodzice mieli mały domek gdzieś na totalnym zadupiu, spali z owcami, a Albercik miał rudą czuprynę, przypominającą moją, gdy zasnę z mokrą głową. Tato dał mu zlecenie. Ma zgazować piwo, bo piwo bez gazu jest jakieś niekompletne. Albert myślał, myślał i wymyślił. Trzeba rozczepić atom. I udało mu się to, jednocześnie sprawdził również odporność tatusiowego warsztatu na wybuchy i odkrył, że drewniane schronienie nie nadaje się do tego za bardzo. Rodzice ucieszeni faktem, że ich synuniu jest zdolny, postanawiają wysłać go z dziczy do miasta. W pociągu spotyka Marię Curie, która jest pyzatą Francuzką z ideałami i całkiem mądrą głową. Nie ma słowa o tym, że jest Polką i ma męża. Oczywiście, jak w większości filmów, główny bohater musi mieć wroga. W tym przypadku to Preston Preston, który jest kuty na cztery nogi i też ostrzy ząbki na Maryśkę. Och, pardą, na Marie, z fhrrrrancuskim „r”.
Kiedyś mnie to wszystko śmieszyło, bawiło do łez. Teraz z każdą minutą wpadałam w coraz większą irytację. Jedyne co broni ten film to kilka początkowych scen, jeszcze w domu rodziców oraz muza, będąca kopalnią tego, co w latach 80-tych było całkiem niezłe. Dave bawił się całkiem nieźle i wygląda na to, że on ten film zna na pamięć, a ja…? A ja zastanawiałam się co kupić bliskim pod choinkę.
Tak, jestem trzecim zgryźliwym tetrykiem…
Cóż. Każdy wiek ma swoje chwile.
