Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

JOBS

ONA:

Czekałam na ten film. Czekałam bardzo. Od pierwszych, nieśmiałych przebąkiwań na temat powstania tego dzieła, przez pierwsze zdjęcia z planu, kończąc na pierwszych trailerach. Czekałam, czekałam, czekałam i w końcu się doczekałam…

Poniższa recenzja będzie szalenie nieobiektywna, ponieważ Steve Jobs należy do mojego prywatnego grona bogów, którzy mnie inspirują i których podziwiam. Bez dwóch zdań. Moja wiedza na temat tego człowieka zdecydowanie pogłębiła się po lekturze jego biografii, napisanej przez Waltera Isaacsona, który jak nikt potrafi obiektywnie spojrzeć na podmiot lityczny, o którym aktualnie pisze. On go ani nie gloryfikował, ani nie kpił z niego. Suche fakty przedstawiał w sposób interesujący, aczkolwiek książka ta nie należy to łatwych czytadeł. Dużo informacji, dużo osób, dużo powiązań, ale dzięki temu nie miałam problemu z wyłapywaniem smaczków w filmie. A jest ich sporo.

Joshua Michael Stern miał ciężki orzech do zgryzienia. Jak pokazać historię człowieka, który zrobił sporo, ale który też był jednostką bardzo zagmatwaną? Czy skupić się na stronie technologiczno-geekowej, czy jednak wejść w sferę emocjonalną, prywatną, która obdziera „boga” z boskości? Poza tym, tworzenie filmowych adaptacji cudzych żywotów, szczególnie, gdy „współbohaterowie” tej historii jeszcze żyją, wcale nie jest łatwe (Woz przecież sam powiedział po premierze, że nie do końca było tak, jak pokazano to w filmie). Reżyser skupił się bardziej na Jobsie-twórcy, mieszając tę część w sposób wyważony ze sferą prywatną. Moim zdaniem – słusznie. Fabuła obejmuje przede wszystkim drogę do stworzenia jednej z najważniejszych firm na rynku, której historia wcale nie jest usłana różami. I jej najbardziej tożsamą częścią jest właśnie Jobs.

Wszystko zaczęło się w garażu państwa Jobs, w którym to Steve (Ashton Kutcher) oraz jego przyjaciel – Woz (Josh Gad), przy wsparciu 3 kumpli stworzyli Apple. Otwarty umysł Jobsa, jego ciekawość, jego ogrom zainteresowań i pomysłowość oraz potrzeba stworzenia czegoś, co przejdzie do historii, w połączeniu z genialnością skromnego Wozniaka okazały się mieszanką wybuchową. Różne osobowości, różne oczekiwania, różne podejście i spojrzenie na świat – kto by pomyślał, że będzie miało to sens? Okazuje się, że miało. A ja z dumą piszę te słowa na jednym z produktów, które został „stworzony” przez te dwie osobowości. Kolejne skoki w czasie pokazują nam jak przez ten czas zmieniała się i firma, i jej twórca. Osiągnięcie wysokiej pozycji wymagało czasu, ale satysfakcjonowało wszystkich. Jednak okazało się, że największym wrogiem Jobsa okazał się… sam Jobs. Cóż, nie zawsze zdarza się tak, że ktoś wylatuje z firmy, którą założył od podstaw… Ale to wszyscy wiemy. Na całe szczęście w filmie jest też wiele wątków, które są zasłonięte milczeniem, np. podejście Jobsa do dragów, do jego nieślubnej córki i pracowników. Ta sama osoba z jednej strony inspirowała do tworzenia rzeczy wielkich, a z drugiej – była godną pożałowania kreaturą – bezduszną, wkurzającą, irytującą, jakby na notorycznym polowaniu. Wyciszenie jednak przyszło z czasem.. 

Napisałam trochę wyżej, że będzie nieobiektywnie, tak? Okej, postaram się jednak wyzbyć się subiektywności i zmusić się do racjonalnej oceny. Film jest genialny – to fakt. Ogląda się go jak całkiem niezły, wciągający obyczaj, z domieszką elementów dramatycznych, ale i komediowych. Wyważony jest świetnie. Przedstawiona historia wciąga, nawet osoby, które ją znały. Świetnie było zobaczyć „zmaterializowane formy” tego, o czym czytałam. W końcu to miało sens. Niby to biografia, ale nie ma w niej za grosz nudy. Jest po prostu ciekawie – i niech potwierdzeniem będzie to, że podczas ponad 2 godzinnego seansu co chwilę zerkałam na moich współoglądaczy – ich uwaga była skupiona, a światło z ekranu komórki nie pojawiało się zbyt często. Ogromnym plusem filmu była również muzyka – świetnie dobrana, podbijająca klimat, dopełniająca go nienachalnie oraz montaż – uwielbiam takie spojrzenie na detale, uwielbiam tak prowadzoną kamerę. I paradoksalnie – najsłabsi byli aktorzy. Kutcher wygrywa wyłącznie tym, że jego „powierzchowność” jest bardzo zbliżona do postaci, którą grał. Młody Jobs i Ashton z nieco dłuższymi włosami wyglądali niemal identycznie. Ale na tym podobieństwa się kończą. Były mąż Demi Moore nie jest zbyt dobrym aktorem. Może to wynika z niezbyt bogatego doświadczenia, może z niezbyt bogatego talentu, ale jego gesty, sposób chodzenia, mówienia, wkurzania się i działania zalatywały sztucznością. Jeszcze gorzej z Joshem Gadem, który wcielił się w Woza. To było słabe, bardzo. Cios poniżej pasa wręcz. Woz w tej wersji jest pierdołą, z zerowym charakterem, który skupia się tylko na swojej lutownicy (wyszedł jako geek z durnej komedii). Na szczęście pozostali bohaterowie ratują produkcję. Dermot Mulroney (jako Mike Markkula), Matthew Modine (koleś od słodzonej wody, czyli John Sculley) i J. K. Simmons (Arthur Rock) dali radę jak nikt.

Nie jest idealnie, ale jest bardzo dobrze. Życiorys Jobsa aż prosił się o ekranizację. Fajnie, że skupiono się na tych, a nie innych wątkach, że pokazano jego ciemną i jasną stronę, co go niszczyło, ale i co go inspirowało. Dobrze, że pokazano ogrom ludzi wokół niego, od rodziców, przez kumpli i przyjaciół, po wrogów. Wszyscy oni brali udział w „tworzeniu” Jobsa, a co za tym idzie – w tworzeniu Apple. Polecam bez dwóch zdań. To jeden z filmów biograficznych, które należy obejrzeć, by zderzyć swoje wyobrażenie z daną postacią, by rozwiać wątpliwości i kto wie co jeszcze…

ON:

Jedni go kochali, a inni nienawidzili. Prawdą jest, że czasem zachowywał się jak kawał dicka, a o empatii nie miał zielonego pojęcia. Lecz zbudował jedno z największych imperiów komputerowych na świecie. Jabłko stało się przedmiotem pożądania i pragnień. Posiadanie produktów z kościoła Apple powoduje, że lądujesz w tej szufladce.

Nie byłem przekonany idąc na premierę JOBS-a do kina. Jakiś mało znany scenarzysta i reżyser zabrali się za opowieść o Jobsie i jego wizji, która przerodziła się przynoszącą miliony zysków firmę. Mało było filmów biograficznych, które mnie do siebie przekonały i nie ukrywam – nudzą mnie średniej jakości historyjki o życiu wielkich osób. No ale wczoraj o 20:15 zasiadłem w kinowym fotelu i z negatywnym nastawieniem zacząłem poznawać początki komputerowego giganta oraz jego twórców.

Wszystko zaczyna się od wewnętrznego spotkania, na którym Jobs przedstawia pierwszego iPoda. Ta kilku minutowa scena ma pokazać nam to, w czym Steve był najlepszy: w opowiadaniu o pasji i produktach.  Za chwilę przenosimy się jednak do końca lat 70-tych. Widzimy miasteczko akademickie, tuptającego po chodniku młodego studenta. Już wtedy obdarty, dziwnie chodzący i pomykający na bosaka. Ten początek ubrany jest w słowa piosenki Cata Stevensa – Peace Train – lekko symboliczne? Chyba tak. Od tej chwili zaczynamy podróż przez lata 70-te, 80-te i 90-te. Wszystkie osoby, które o twórcy Apple wiedziały bardzo mało (je też się do nich zaliczam), mają okazję zobaczyć, jakim człowiekiem był Jobs. Często zamknięty w sobie, egoistyczny, wredny. Widocznie takie cechy są potrzebne, aby stworzyć coś wielkiego. Zaczynał z kilkoma kumplami w garażu swoich rodziców, aby kilka lat później przenieść się do nowoczesnej siedziby. Były dwa problemy. Jeden to to, że udziałowcy nie podzielali pasji i wizji Steve’a, drugim był on sam. Cholernie autodestrukcyjny i aspołeczny. W pewnym momencie doprowadza do tego, że zostaje wydalony z firmy. W między czasie okazuje się, ze jest ojcem, na co reaguje bardzo emocjonalnie i wyrzuca swoją ukochaną z domu, po czym nie utrzymuje z nią kontaktu praktycznie przez 10 lat. Takie zachowania były na początku dziennym. Dla niego byłeś albo z nim, albo przeciwko niemu. Jeśli wybrałeś drugą opcję, mogłeś liczyć się z tym, że prędzej, czy później wypadniesz z obiegu.

Film skupia się na najważniejszych aspektach życia Apple i Jobsa. Nie chcę zdradzać wszystkich szczegółów, bo warto samemu przekonać się jak wyglądała ta opowieść. Nie ukrywam, że była dla mnie zaskoczeniem. Dzieło Sterna jest naprawdę dobrze zagrane i opowiedziane. Historia nie ma dłużyzn i na dodatek uzupełniona jest muzyką z tamtych lat – bardzo dobrą muzyką. Dodatkowo brawa należą się Russellowi Carpenterowi za śliczne zdjęcia, które powodują, że całość zjada się oczami.

Jobs nie jest genialny obrazem, ale na pewno to górna, bardzo wysoka półka, zarezerwowana dla tych najlepszych biografii, które mnie nie męczą, a wręcz zachęcają do powtórnego seansu za kilka lat. Warto.