ON:

„Kill me three times” ma być australijskim ukłonem dla Quentina Tarantino. Ta historia składa się z pomieszanych scen, które rozrzucone po biurku scenarzysty i w pośpiechu złożono w całość. Otrzymujemy dzięki temu dzieło składem przypominające kultowe „Pulp fiction”. To podobieństwo nie jest jedyną rzeczą, która może przypominać dzieła mistrza groteski.

Charlie Wolfie, to taki Wolf z „Pulp Fiction”, tyle że mniejszego kalibru. Tez rozwiązuje problemy, ale jest w tym mniej subtelny niż jego protoplasta. Wolfie przede wszystkim przyjmuje zlecenia na niewygodne osoby. Jedną z nich jest niejaka Alice Taylor, którą „podobno” ogromnie kocha facet o imieniu Sam. Kocha ją tak bardzo, że każe laskę zlikwidować. Co ciekawe, na tą samą kobietę poluje małżeństwo, które chce kasę z polisy na życie. W tym całym mętliku jest jeszcze Dylan, który podkochuje się i sypia z Alice. Nie można też zapomnieć o Jonesie, policjancie, który pilnuje porządku na swój specyficzny sposób.

Wystarczy więc osiem osób, by zakręcić scenariusz zakręcony jak świński ogon. Ominięcie chronologii, a dokładnie jej nagięcie powoduje, że całość nie jest nudnym odgrzewanym kotletem. Dodatkowo sprawne oko wyłapie dużo podobieństw do kina Quentina Tarantino. Nie wiem czy te „easter eggi” były zamierzone, ale naprawdę fajnie się wyłapuje pewne smaczki, których tutaj nie brak. Warto przyglądnąć się poszczególnym kadrom i szukać w nich odniesień.

Niestety, nie jest to dzieło idealne. Widać braki w budżecie i pewne niedociągnięcia, występujące w scenariuszu i samej grze aktorskiej. Na pewno nie można odmówić subtelnego uroku Simonowi Peggowi wcielającego się w rolę Wolfiego. To on tak naprawdę jest lokomotywą ciągnącą resztę ekipy. Z jednej strony jest rasowym hitmanem w pięknym garniaku i swoimi zasadami, a z drugiej to ciapa niesamowita, facet, którego potrafi zaskoczyć codzienność. Reszta ekipy po prostu jest. Grają raz lepiej raz gorzej, ale nie dogonią Pegga.

„Kill me three times” nie rzuci was na kolana, ale może się spodobać, szczególnie osobom, które kochają pieprznięte kino pełne bluzgów, krwi i pechowych sytuacji, które zdarzają się w najmniej oczekiwanym momencie. Jak będziecie mieli okazję obejrzeć to dzieło, to spróbujcie.

ONA:

Quentin Tarantino to twórca wybitny. Każdy jego dzieło to kwintesencja sztuki filmowej, na którą on sam patrzy pod zupełnie innym kątem. Jego dzieła są inne, są dziwne, są szalenie krwawe i brutalne. Mają świetne kadry, genialną oprawę muzyczną. Są często przekolorowane, ale nie da się obok nich przejść obojętnie. Wszyscy z zapartym tchem czekają na kolejne produkcje tego reżysera, a nie jest on twórcom zbyt płodnym i wydającym co rok kolejny film… Co ciekawe – jest mnóstwo filmów, które zostały stworzone na tarantinowską formę. Do mistrza im daleko, ale widać go w większości ujęć, w scenariuszu i w sposobie opowiadania i prezentowania historii. Jeśli ktoś decyduje się na pójście tą stroną – to ma cholerną odwagę. I niestety, na ogół kończy się tylko na odwadze.

I o dziwo, dziś nie będę pisać o filmie, który chciałby być „tarantinowski”, ale mu nie wychodzi, tylko właśnie o takim, w którym widać hołd dla reżysera i który jest naprawdę dobry! „Kill me three times” to czarna komedia, w której trup się ścieli gęsto, a krew płynie strumieniami, a humor jest świetny, tylko bardzo ciężki. Mamy tu trzy scenki, a elementem scalającym je jest płatny morderca. Ma on sprzątnąć niewierną kobietę w imieniu jej faceta. Co ciekawe – w sprawę angażuje się pan dentysta i jego żona oraz szemrany policjant. Poza tym, że nagle wszyscy chcą kogoś zabić, to każdy chce też zgarnąć torbę wypełnioną kapuchą. Atmosfera staje się napięta, intryga utkana jest świetnie i bardzo komicznie. Dużo tu abstraktów i dziwnych zbiegów okoliczności, ale i tak – to kapitalny film, którego ogląda się z uśmiechem od ucha do ucha.

Uwielbiam, gdy dzieło jest zapętlone w bardzo fajny sposób. Bardzo też cenię, gdy w tej całej „abstrakcji” jest pewne poukładanie. Najpewniej też tkwi we mnie jakiś ukryty psychol, bo filmy z mordercami i krwią, a także różnymi sposobami zabijania, działają na mnie wyjątkowo kojąco. No i lubię dobry, mądry dowcip, podszyty lekką chamówą i szyderą. I jeśli Ty też szukasz takich cech w filmie, to „Kill me three times” spodoba Ci się. I co ważne – tu nie ma „kopiowania” Tarantino. Tu jest ukłon w jego stronę.