ONA:

Zdarza się, że sobotę muszę spędzić w pracy. Ale to przyjemna na ogół robota. Tym razem czekała na nas filmowa wycieczka. Najpierw Studio Filmów Rysunkowych w Bielsku. Tam pokazano nam jak tworzyło się animacje, a nasz przewodnik był tak rewelacyjny, że dzieciarnia siedziała z otwartymi ustami. A potem kino, gdzie starsi oglądali nowego Bonda, a ja z młodszą bandą poszłam na „Na tropie Marsupilami”. Ogromnie lubię przygody Asterixa i Obelixa w Egipcie, więc nagłówki, że oba filmy mają praktycznie tą samą ekipę – bardzo mnie zachęciły. Czy słusznie?

Tytułowy Marsupilami to żółtawy zwierz, który jest absolutnie uroczy. Ma milusie futerko, rozbrajające oczyska i ogon, dzięki któremu nie ma przed nim przeszkód. Gdy pierwszy raz pojawił się w całości na ekranie, dzieciarnia zrobiła głośnie „Aaaawwww”. Zresztą, moja mama też. Marsupilami to mityczne stworzenie, które nie pcha się jak chihuahua Paris Hilton przed aparaty. Żyje sobie w puszczy, psoci i figluje, ale przede wszystkim – zajmuje się swoimi jajami. Przynosi im tajemnicze kwiaty, dba o nie i czeka, aż wyklują się z nich małe marsupilątka. Robi praktycznie to samo, co weterynarz Pablito. Tylko on jest bardziej cwany, w końcu to człowiek. Ma gromadkę przygarniętych dzieciaków, zupełnie nie wiem ile ich było w sumie. Ma do tego też wyszczekaną papugę i dość nietypowy sposób pozyskiwania pieniędzy. I mnóstwo długów. I przez to wszystkie rzeczy, które obiecał swoim dzieciakom, są wiecznie w fazie „kiedy indziej” lub „już niedługo”. Dzieci zaczynają się wkurzać. Wierzyciele też. I sam Pablito również. Ale trafia się fucha. Po drugiej stronie globu, w studiu telewizyjnym trwa narada. Jeden z dziennikarzy, Dan, ma zrobić co w jego mocy, by utrzymać się w pracy. Dostaje zlecenie: wywiad z wodzem tajemniczego, wręcz mitycznego plemienia Pajów. Szefowie wszystko mu załatwiają, on ma tylko zebrać materiał. A ja tego nie zrobi, to może już nie wracać… Dan i Pablito ruszają w dżunglę… A tam czeka na nich przepowiednia. W filmie mamy też szalonego botanika, który odkrył siłę pewnej rośliny, dającej mu ponownie młodość i sprawność oraz generała, wielkiego fana Celine Dion. A dla mnie to zwykły trans.

I teraz oceńmy najnowszą produkcję Alaina Chabat. No bezsprzecznie, to nawet podkreśliły moje dzieciory, „Asterix i Obelix: misja Kleopatra” było lepsze. Ale tropienie marsupilami również dało mnóstwo rozrywki. Gapowaty Pablito (Jamel Debbouze) sam w sobie przynosi mnóstwo scen, na których można rżeć ze śmiechu, a jak do tego dodamy resztę bohaterów – mamy całkiem niezłe kino, które dzieciakom podobało się ogromnie, a i dorośli nie będą nudzić się. Uwielbiam w filmach „familijnych” sceny, w których dzieciaki śmieją się bezmyślnie, a dorośli rżą, bo dialog był z podtekstem. W sam raz na raz.