ONA:

O debiucie Magdaleny Knedler już pisałam. Po uśmierceniu Pana Darcy’ego, wzięła się za kolejnych bohaterów. Tym razem akcja powieści dzieje się w malowniczym Ystad we Szwecji. To właśnie tam żyje i pracuje komisarz Anna Lindholm, która zarówno życie zawodowe, jak i to prywatne ma bardzo poukładane. Oczywiście – do czasu.

Mąż naszej bohaterki uległ wypadkowi, w wyniku którego nie może chodzić. Po jakimś czasie okazuje się, że winę za to ponosi Narcyz, seryjny morderca, którego przymknęła Lindholm. Pikanterii dodaje fakt, że złoczyńca umiera. Zostaje otruty. Wisienką na torcie zdaje się być tajemniczy „ktoś”, kto wysyła liściki do Anny z cytatami z Oscara Wilde’a… Brzmi intrygująco?

Warsztat Knedler ewoluuje. Staje się coraz lepszy. Autorka wyciąga wnioski i uczy się na błędach. Powoli zbliża się do perfekcji w konstruowaniu tajemnicy i oplataniu nią nas, czytelników. Zgrabnie wodzi za nos i rozbudza emocje, z których najsilniejszą jest strach. Wspaniała wyobraźnia i kreatywność, dobre pomysły, sprawdzone sznyty, które są przez nią doskonalone – wyrosła nam we Wrocławiu świetna pisarka, która bardzo wygodnie rozgościła się w trudnym gatunku, jakim są kryminały.

Zagadki, namnożone wątki, sporo akcji. Sporo „niewygody”, bo nie potrafimy długo rozpracować o co tu tak naprawdę chodzi, kto zabija, kto jest dobry. Ciekawy, wciągający kryminał. Dodatkowo to taki trochę „babski” styl, przy czym nie jest to wada. Poza kryminałem czuć tu obyczaj, nawet romans. Jako całość takie połączenie staje się wręcz elektryzujące, a ja skwierczę z radości za każdym razem, gdy autorka swoimi słowami odbiera mi oddech.

Świetny kawał dobrej literatury.