ON:
Czasami pojawiają się gry, które bazują na starej szkole. Nie do końca wiadomo, czy są one stworzone dla nowych, młodych graczy, czy może twórcy wychodzą z założenia, że po ich tytuł sięgnie stara gwardia, wychowana na klasykach. Taki “produkt” pojawił się jakieś dwa lata temu na konsolowym rynku dzięki Game Republic. Mowa o „Majin and the Forsaken Kingom”
To wyjątkowe dzieło, mroczna baśń, która nabiera kolorów wraz z naszymi dokonaniami. Podłożem całej historii jest zapomniane, opanowane przez demoniczną siłę, królestwo. Nikt nie ma już sił, aby przedstawić się spaczeniu, ale los jak zwykle sam wybiera sobie bohaterów. Jednym z nich będzie młody złodziejaszek – Tepeu, który zakrada się do opuszczonych przez ludzi, a zamieszkanych przez mroczne stwory, komnat prastarej dynastii, aby się trochę wzbogacić. Na miejscu, w ogromnej klatce odnajduje dziwną, wyglądającą na martwą istotę, tytułowego Majina. Prastary, ostatni strażnik, który niestety w pojedynkę nie powstrzymał smolistej, czarnej substancji zarażającej wszystkich mieszkańców. Przez przypadek złodziejaszek budzi ze snu, a tym samym z niewoli, bajkowego stwora. Majin jest jak chodząca skała i drzewo w jednym. Olbrzymi, trochę niezdarny z kwadratową głowa i czarnymi oczami wygląda naprawdę sympatycznie, praktycznie całe jego ciało pokryte jest mchem i inną roślinnością, a on sam żywi się nasionami, które wzmocnią jego siłę i rozwiną umiejętności. Początkowy strach przed stworem przeradza się w sympatię, a później w przyjaźń. Ta dziwaczna para wyrusza w podróż, której zakończenia nawet nie przewidują. Kawałek po kawałku zaczynają oczyszczać krainę z ciemności i na nowo próbują tchnąć w nią życie.
Rozgrywka podzielona jest na dwie płaszczyzny. Jedna to walka, tutaj nasz złodziej nie ma szans w bezpośredniej rozgrywce, ale odpowiednio użyte moce i combosy, przy których pomaga nam nasz zielony stwór, potrafią namieszać w szykach armii ciemności. „Zielony” nie jest słabeuszem, a gdy pozyska nowe umiejętności to staje się istną maszyną do eksterminacji. Chłopak zaś całkiem nieźle radzi sobie z pojedynczymi wrogami, ale przeciw grupie nie ma szans. Jego atutem jest zwinność. On dotrze tam, gdzie Majin, nie ma szans się dostać. Dzięki temu to na jego barkach spoczywa otwieranie wszelakich drzwi, uruchamianie dźwigni, wspinanie się na wysokie półki, aby z stamtąd dostać się w niedostępne wcześniej miejsca. Zagadki logiczne, jakie napotkamy na drodze często będą wymagały współpracy pomiędzy dwójką bohaterów. Bez tej kooperacji możecie zapomnieć o posunięciu fabuły do przodu.
Warstwa dźwiękowa jest poprawna i nie można się do niczego przyczepić. Na mu tutaj niczego wyjątkowego, co zasługiwałoby na uwagę, no może po za głosem Majina, który jest fantastycznie dobrany i zmodulowany. To taki duży misiek.
Ponieważ dzieło Game Republic przeznaczone jest dla młodszego gracza, na pudełku znajdziemy oznaczenie 12+, to nie uświadczymy tutaj wiader krwi i rozrywanych na części wrogów, ale nie są one potrzebne do dobrej zabawy. Tak samo warstwa fabularna dopasowana jest do poziomu potencjalnego odbiorcy. Co dziwne – gra jest tak skonstruowana i opowiedziana, że nawet taki stary koń jak ja, bardzo dobrze się przy niej bawił. Kolejne godziny spędzone przy konsoli uświadomiły mi to, o czym zapominamy w przypadku nowych produkcji. To nie grafika tworzy świetną grę, ale coś innego, coś co powoduje, że chętnie wracamy, aby dokończyć rozpoczętą historię.
Każdy oldschoolowiec obowiązkowo powinien zagrać w to dzieło, bo na pewno się nie zawiedzie.
