ON:
Albo mam zły dzień, albo nie zrozumiałem filmu, albo po prostu kupa znanych nazwisk i apokalipsa to za mało, aby stworzyć dobrą komedię o końcu świata. Ciężko mi znaleźć choć odrobinę tego czegoś, co potrafi przeciągnąć do ekranu na 100 pełnych minut. W najnowszym dziele Setha Rogena i Evana Goldberga nie ma ani odrobiny tejże rzeczy. Co za tym idzie, już na początku wpisu odradzam seans filmu „To już jest koniec”.
To dzieło jest pewnego rodzaju bawieniem się w konia z fanami klasycznego kina, opowiadającego o końcu świata. Myślę, że przygotowania do tego tworu wyglądały tak, że reżyserzy siedli wraz ze znajomkami, którzy pojawili się w produkcji i powiedzieli. „Słuchajcie! Robimy komedię o końcu świata, będzie bez ładu i składu, a każdy z was zagra siebie samego. Nawet nie trzeba będzie się za bardzo wysilać, bowiem ma to być głupkowata komedyjka”. Na takie słowa czekała otaczająca ich grupa i w ten sposób zaczęły się prace nad „To już jest koniec”.
Wiem, że koloryzuję, ale naprawdę nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wszystko właśnie tak wyglądało. Każdy z bohaterów jest po prostu sobą, w lepszy lub gorszy sposób „zagra” swoją reakcję na apokalipsę. Do Setha przylatuje jego kumpel i razem lądują i imprezie u Jamesa Franco. Narkotyki, chętne laski i alkohol. Czyli widocznie tak bawi się elita Hollywood. Gdy już minie trochę czasu kumple, wyskakują na chwilę z domu, aby kupić fajki, podczas wizyty w sklepie wszystko się zacznie. Trzęsienie ziemi, później wybuchy, strzały i ogólny rozpiździaj. Gdy dobiegną do domu nikt nie chce wierzyć w to, co widzieli, ale akcja z lampą i zapadającą się ziemią dość szybko uświadamia im, że coś jest nie tak. Po pierwszym kataklizmie 99% imprezowiczów zostaje wyeksterminowana w mniej lub bardziej brutalny sposób, a w domu gospodarza pierwszą falę końca świata przetrzyma 5 czy 6 mężczyzn, w tym Seth i jego kumpel.
Teraz zacznie się szereg scen i rozmów na temat przyjaźni, obłudy, fałszu i wzajemnych relacji, które kończą się przepychankami, foszkami, a czasem kolejnymi etapami imprezy. Przecież zioło i alkohol nie mogą się zmarnować. Od czasu do czasu ich ostatnie chwile na ziemi przerywają drobne incydenty, takie jak nieznajomy, którego zżera demon, czy Emma Watson, którą chcą przelecieć, ale laska bierze sprawy w swoje ręce. Mamy też opętanie przez demona z wielkim kutongiem.
Dla mnie bardzo słabiutka komedia, która równie dobrze mogłaby być zagrana przez innych, mniej znanych aktorów. Może wtedy była by lepsza. Ja jestem na nie. Szkoda czasu.
ONA:
Przepraszam Was za mój dzisiejszy wpis. Przepraszam, kajam się i każdej pokrzywdzonej osobie obiecuję muffinkę z dowolnym nadzieniem (najbardziej polecam z malinami i białą czekoladą, względnie z budyniem tudzież masą kajmakową). Dziś będzie o filmie, który nie mógł być dobry, bo on był stworzony „do jaj” i „z jajem”. I mimo, że wcale nie urywa tyłka ze śmiechu – mi się podobał. Dziś będzie o „To już koniec”.
Evan Goldberg to koleś który maczał palce w kilku produkcjach, które niezbyt dawno temu gościły w kinach. „Supersamiec”, „Wpadka”, „Green Hornet” czy „Straż sąsiedzka” – te tytuły mówią wiele o jego twórczości. Z pewnością nie jest to kino, które miażdży widza głębią, przy którym przeżywa katharsis, a jego życie się zmienia, na skutek zobaczonych dramatycznych scen. Nie. To kino lekkie, przy którym bawisz się świetnie, od czasu do czasu wykrzywiając twarz grymasem, który mówi jedno „What the FUCK?!” Goldbergowskie filmy słyną również z tego, że niezbyt zmienia się w nich obsada. James Franco, Jonah Hill, Seth Rogen czy Jay Baruchel to standardowy zestaw. Uwielbiam tych kolesi. Nie umiem powstrzymywać się przed dzikim brechtem, gdy oni tylko wchodzą na ekran. Ale tym razem jest inaczej… Za scenariusz i reżyserię odpowiedzialny był wspomniany już Goldberg, mocno wspierany przez Setha Rogena. Ba, sam Rogen w tym filmie też zagrał, jedną z kluczowych postaci. A kogo zagrał? Ano Setha Rogena. James Franco wcielił się w rolę James’a Franco, Jonah Hill był Jonah Hillem, a Jay Baruchel – no nie zgadniecie! Poza tym, po ekranie łazi nam Danny McBride, Craig Robinson, Michael Cera (szczerze – rola życia), a Emma Watson klnie. Widzimy też Rihannę, a w jednej z ostatnich scen pojawia się zespół mojej młodości, czyli Backstreet Boys. Istny koniec świata. Właściwie – dosłownie…
Wszystko dzieje się teraz, gdzieś w gorącej Kalifornii. Jest noc, a w jednym z domostw rozkręca się niezła impreza. Ale nie jest to taka typowa nasiadówa, oj nie. Po pierwsze, gośćmi są wyłącznie gwiazdy i celebryci – sama śmietanka. Po drugie – jest dziko. Bardzo. Koks, dupy, trawa i litry wódy. Jakieś blołdżoby, sztuczne cycki – typowe życie gwiazdek, więc jest bajba. I po trzecie – impreza zostaje szybko i znienacka przerwana. Coś zaczyna się dziać… Wygląda na to, że zaczęła się apokalipsa…
Nie każdemu uda się przeżyć pierwsze tragiczne wydarzenia. Trup ścieli się gęsto. Zostaje kilku najbardziej cwanych bohaterów, których nie pochłonął ogień piekielny, ale spokojnie, przed nami jeszcze duuużo filmu pozostało…
Dawno nie widziałam tak udanej szydery. Owszem, wpadałam czasami w otchłań mega irytacji, ale potem przypominałam sobie, że do cholery, to dzieło nie jest kręcone „na serio”. Bo tu NIC nie jest na serio. Produkcja totalnie kpi z całej branży, zaczynając od aktorów (największym gagatkiem jest tu Cera), na filmach katastroficznych skończywszy. Twórcy jadą po bandzie – bardzo. Ale przy tym jest to dzieło, które zaskakuje i jest trochę „hołdem” dla dobytku innych twórców. Odniesień do różnych filmów jest tu od groma, a całość połączona jest w całkiem dobrą komedię. Może niekoniecznie rżałam do rozpuku, trzymając się za brzuch, coby nie odpadł, ale były chwile, kiedy oczom nie wierzyłam…
Pierwszą rzeczą, którą należy zrobić zanim siądzie się do tej produkcji, to trzeba wyluzować, a jeśli kogoś drażni wulgarny i chamski dowcip, to polecam „Rozważną i romantyczną”, a nie takie kino. Mi się podobało. To nawet nie jest kino typu „odmóżdżacz” – to sprytna komedia, która zaskakuje pod wieloma względami.
