ONA:

I co ja mam o tych „Małych stłuczkach” napisać? Ja naprawdę po filmach oczekuję czegoś zupełnie innego. To już nawet nie chodzi o emocje, bo przecież znudzenie i irytacja też do nich należą. Przede wszystkim chcę zainteresowania i wciągnięcia w opowieść. Tylko czemu dostaję film, podczas którego marzę o napisach końcowych?

Chyba wymagam zbyt wiele po kinematografii, a już po tej polskiej szczególnie. Chcę „jakiś” bohaterów, „jakiś” historii, chcę „jakiś” emocji. Chcę po filmie mówić znajomym, że był świetny, a na blogu chcę o tym pisać długie recenzje, w których wyleję masę pochwał, gdzie będę mogła zachwalać grę, aktorów, scenariusz, kostiumy, muzykę, scenografię. Owszem, znajduję te elementy, ale w starych filmach. W filmach, które mają tyle lat co ja, które zrobione są przez starą gwardię. Z współczesnym polskim kinem zupełnie nie potrafię się utożsamić. Mam wrażenie, że bohaterów tych filmów i mnie dzieli przepaść. Nie chcę tu gloryfikować samej siebie, ale „oni” wzbudzają we mnie jedynie pogardę swoją usilną potrzebą bycia „innym”, a ja mam wrażenie, że to zhipsteryzowanie wszelkich możliwych elementów życia zaczyna być nudne.

Asia i Kasia (skisłam po raz pierwszy, gdy bohaterki się przedstawiły) to przyjaciółki, które pracują jako „likwidatorki” mieszkań po zmarłych osobach. Wybierają co ciekawsze rzeczy, naprawiają je, odrestaurowują, a potem sprzedają dalej. No przyznaję – jest to całkiem ciekawe zajęcie. Jeżdżą starym, pomarańczowym oplem, mają ładne mieszkanie, ale każda z nich „męczy” się z czymś. Kasia jest lesbijką zakochaną w Asi, a Asia ma obsesję na punkcie dotykania. Jej dotykać nie można, pod żadnym pozorem. Wkrótce w ich życiu pojawi się Piotr – młody chłopak, który też sobie nie potrafi znaleźć miejsca. Ma żonę, chociaż właściwie powinnam napisać „miał”, bowiem kobieta od niego odeszła. Miał pracę – wkładał pudełka w pudełka, ale firma zwinęła interes i ten aspekt jego życia również się zakończył. Ma za to mamę, która jest dziwna i naprawdę, wierzcie mi, że walczę sama ze sobą, by nie napisać, że jest popierdolona. Piotr zaczyna się przyjaźnić z dziewczynami, ale do Asi czuje coś więcej, niż tylko zwykłą, koleżeńską sympatię… Zaczyna się ich wspólna droga i naprawdę liczyłam – ba, w myślach błagałam o to, by film skończył się jakaś dziką orgią typu „FFM”, a tu nic.

Po seansie na scenę weszli twórcy tego filmu, Aleksandra Gowin i Ireneusz Grzyb i z typową dla młodych twórców nonszalancją, opowiadali o swoim dziele, bo przecież oni – twórcy, artyści, pomazańcy boży utkali element kultury i sztuki, a ja to co najwyżej mogę ugotować wodę na makaron. Wiem, przeginam, ale jakbyście ich zobaczyli… Co Was inspirowało? Yyy, właściwie nic. Życie. Ale właściwie to nic. Czy to prawdziwa historia? Nie. Co było w tajemniczej paczce? Nic. No to ja w takim razie też o tym filmie nie mam zamiaru już nic więcej pisać. Ładne wnętrza, ładnie pokazana Łódź. Reszta dziwna, ale ta dziwność nie przyciąga uwagi, tylko odrzuca. A z nudą to już niczego nie jesteśmy w stanie robić.

ON:

Czasami w snach, gdy założę obcisłe rurki, które ściskają moje jajka tak bardzo, że mogę zacząć gadać falsetem, gdy na tors naciągnę podkoszulek bez rękawów, a na niego flanelową koszulę z lumpeksu, gdy wciągnę na stopy śliczne mokasyny z frędzlami (oczywiście na gołą stopę), a następnie na mój zarośnięty łeb włożę wełnianą skarpetę, staję się tak bardzo alternatywny, że zaczynam spędzać dni siedząc na kawie i czytając współczesne wiersze węgierskie – oczywiście w oryginale. Czasami staję wśród innych takich jak ja, wyciągam moją paczkę czarnych „Djarumów” i w siwym, pachnącym goździkami dymie, zaczynam dyskusję na temat młodego kina niezależnego. Wynajduje nazwiska twórców, o których nikt nie słyszał, przytaczam sceny, tak absurdalne, że tylko słowo “artyzm” je broni, a następnie dokonuję publicznego samogwałtu nad dziełami pokroju „Małych stłuczek”. Ufff…. całe szczęście to tylko sen, a ja na dodatek jestem za gruby, aby być alternatywnym hipsterem.

„Małe stłuczki” stworzyli Aleksandra Gowin i Ireneusz Grzyb. Dwójka ludzi, którzy odpowiadając na pytania o ich dzieło nie do końca wiedzieli co chcą przekazać. Okazuje się, że film ten powstał przez przypadek, inspiracją są prawdziwe historie, ale sama opowieść jest fikcją, a poza tym to miała być wizytówka ładnej-brzydkiej Łodzi. Gdy jeszcze widzę te zachwyty, zdania wyrwane z kontekstu pochodzące z portali recenzenckich, to mam ochotę krzyknąć: „Kurwa mać! Ludzie przejrzyjcie na oczy!”.

Pomysłem wyjściowym jest przyjaźń i praca dwóch dziewczyn, Asi i Kasi. Dziewczyny te jeżdżą ślicznym, starym, pomarańczowym Oplem i likwidują mieszkania. Przez “likwidację” należy rozumieć oczyszczanie przestrzeni z niepotrzebnych rzeczy, które później są remontowane i odsprzedawane dalej. Czasami to stare książki, czasem biżuteria, a czasem jeszcze inne drobiazgi. Ich klientami są przeważnie starsze osoby, które nie mają co zrobić ze swoimi rzeczami. Kasia jest lesbijką i podkochuje się w Asi, a Asia… Cóż, jest inna, no i ma fobie dotykania. W życiu tej dwójki pojawia się Piotr, młody koleś, którego egzystencja jest tak samo beznadziejna, jak tych dziewczyn. Facet pracował dorywczo w jakiejś fabryce i składał pudełka, ale dnia pewnego fabrykę zamknięto i koleś zostaje bez pracy. Od tej chwili jeździ od czasu do czasu z dziewczynami. Świetny pomysł został zupełnie rozpieprzony. To tak jakby ktoś wyjebał do krowy prosto z działa. Jeb! I już po chwili nie ma nic. Właśnie tyle samo to dzieło wnosi do polskiej kinematografii – NIC!

Kretyńskie dialogi pojawiają się w debilnych scenach, które poprzedzają kolejne debilne sceny. Szczytem kretynizmu jest ostatnia sekwencja w filmie, która po prostu zabija wszystkie szare komórki.

Podobno kino młodego pokolenia pokazuje obraz współczesnego człowieka, który nie potrafi poradzić sobie w konsumpcyjnym społeczeństwie. Bezsilność jego egzystencji podkreślają jego błędne wybory. No po takim filmie to ja się nie dziwie, że młode społeczeństwo jest zagubione.