ONA:

„Obywatel” Jerzego Stuhra to film, który rozlicza nas z przeszłością. Pod lekką, bo nieco komediową i przerysowaną formą, schowane są jednak dużo bardziej gorzkie i cierpkie prawdy: niezależnie w jakich czasach żyjemy, można zachować „człowieczeństwo”, ale trzeba się bardzo starać i przede wszystkim chcieć tego. 

Wydawać by się mogło, że to „komuna” była abstrakcyjna, bo przecież wtedy malowano trawę na zielono dla dobrej propagandy. Teraz wyraz „propaganda” zminimalizowano do pierwszych dwóch liter – „pr”. PR to to, czym teraz żyjemy. Według niego wszyscy jesteśmy idealni, żyjemy w idealnym świecie, bez wad i problemów. A nawet jak jakieś są, to przecież odpowiednimi działaniami możemy je zniwelować. Jan Bratek to bohater, który żył w wielu durnych czasach. Pamięta historie po wojnie, kiedy mimo ogromnej tragedii holocaustu ludzie nadal bardzo źle traktowali Żydów. Ale pamięta też te bardziej współczesne chwile, kiedy to potomkowie dopominali się o każdy element spadku, nawet starą cukiernicę. Życie Bratka na przełomie różnych chwil historycznych może dać do myślenia. Nigdy nic nie było tak oczywiste, jakby się mogło wydawać. Każda retrospekcja jest zupełnie inna, niż zakładamy. W każdej jest ukryte drugie dno, które możemy odkryć i czasami nie pasuje nam ono do utartego myślenia. Sam Jan to taka straszna pierdoła i do tego ma jakąś dziwną tendencję do bycia w złym miejscu o niewłaściwym czasie. Jego „dorobek” życiowy to wiele prac, kilka kobiet, rozwód, ale mama zawsze stała po jego stronie. Dziś wydawać by się mogło, że ma wreszcie upragniony spokój, ale nie dość, że błaźni się na antenie telewizyjnej, to jeszcze spada na niego litera. Tak, spada na niego litera…

Fajnie się ten film oglądało – tak po prostu. Stuhr wybrał ciekawe momenty w historii powojennej Polski. Są oczywiście strajki, są łapanki i internowanie, jest abstrakt komuny, ale jest też np. słynna afera nauczycielem i koszem na śmieci. Strasznie podobało mi się, że w tym filmie pojawia się też Maciej Stuhr. Ojciec i syn są jak dwie petardy i niby różnią się wszystkim, co tylko możliwe, to jednak aktorsko to najwyższa krajowa półka.

„Obywatel” to film i do śmiechu, i do refleksji. Myślę, że dużo bardziej spodobałby się widzom starszym, bo oni po prostu te wszystkie wydarzenia przeżyli. Dla mnie ta produkcja jest taka trochę w starym stylu, gdzie pod przykrywką komedii wypełnionej gagami i świetnym humorem, jest też dużo prawdy, która niekoniecznie musi być oczywista i utarta.

ON:

„Obywatel” Jerzego Stuhra jest kinem, które ma się rozprawić z ostatnimi czterdziestoma latami naszego kraju. To opowieść o przemianach, które mają ogromny wpływ na człowieka.

Jan Bratek to podstarzały jegomość, który zajmuje się PR-em i marketingiem organizacji kościelnej. Po kompromitacji w programie telewizyjnym opuszcza siedzibę Telewizji Polskiej i ulega poważnemu wypadkowi, który prowadzi go prosto na szpitalne łoże. Tutaj półprzytomny jest odwiedzany przez kolejne osoby, które kiedyś pojawiły się w jego życiu. Każda ma do niego jakiś interes. Coś chce lub po prostu ma ochotę wygarnąć mu wszystkie żale. Tyle gówna na jednego Bratka, który przecież nigdy nie chciał się w nic mieszać. Pragnął tylko odrobiny spokoju w swoim małym świecie…

Młody Jan B. to postać unikająca kłopotów, ale kłopoty nie unikały Bratka. Całe jego życie to pasmo dziwnych zbiegów okoliczności. Wyjście po sól do sąsiadów skończyło się internowaniem, zapisanie się do partii doprowadziło do wydalenia z szeregów tego zacnego organu. Solidarność Bratka witała z otwartymi ramionami, a on miał przecież wszystko w dupie. Za każdym razem coś się musiało „usrać” i mężczyzna z hukiem opuszczał kolejne organizacje. Najgorsze w tym jest to, że nigdy tak naprawdę z własnej winy. Zawsze oblepiało go takie gówno, z którego ciężko się obdrapać. Po prostu przylepi się i już nie ma wyjścia – będzie śmierdziało. Janek rozwoził mleko, bo wiadomo po wydaleniu z partii nie było dla niego zbyt wiele miejsca do pracy. Później ukrywał się w domu Pani Kazi, a służby bezpieczeństwa siedziały dzień i noc pod blokiem, czekając na jego ruch. Bratek miał tylko jedno marzenie. Wyjechać z kraju. Zobaczyć jak jest za granicą. Los nie chciał mu dać tej szansy. Za każdym razem jak zawsze coś musiało się wydarzyć. Po prostu dupa. Leżący w łóżku szpitalnym Jan przy pomocy retrospekcji opowiada nam o tym swoim mizernym życiu, które przecież mogło być lepsze i pełniejsze, ale nigdy nie było.

Stuhr miał super pomysł, ale czegoś tu brakło. “Obywatel” jest filmem, który ogląda się dobrze, ale finałowa konkluzja, to chyba za mało. Z jednej strony podsumowanie to jest bardzo dosadne, z drugiej – chyba zbytnio uproszczone. Poza tym szkoda Bratka. Świetnym posunięciem było rozprawienie się z wieloma narodowymi fobiami, które są tak bardzo zakorzenione w naszej świadomości, że ich usunięcie może doprowadzić do śmierci naszego narodu. Jeśli nie będziemy mieli kogo nienawidzić, to stracimy sens istnienia. Przecież zawsze musimy mieć jakiegoś wroga!