ON:
„Człowiek roku” jest przedostatnim filmem z Williamsem jaki przyszło nam opisać w tym tygodniu. Nie jest to komedia, choć Robin ma tutaj komediową rolę. Bardziej mamy do czynienia z całkiem niezłym thrillerem politycznym, którego nie powstydziłby się sam Clooney.
W telewizowni leci sobie program, którego gospodarzem jest Tom Dobbs. Facet w bardzo dosadny i komiczny sposób komentuje scenę polityczną, a robi to tak dobrze, że ktoś kiedyś, prosto z widowni powiedział, że powinien on kandydować na stołek prezydenta i trzymać w swojej dłoni flagę, prowadząc kraj do nowego ładu. Ziarno zostało zasiane. Jakiś czas później Dobbs oświadcza, że ma zamiar wziąć udział w najbliższych wyborach jako kandydat niezależny.
W tym samy czasie pewna firma zajmująca się oprogramowaniem wygrywa przetarg na obsługę systemu zbierania i przeliczania głosów, system ten będzie wykorzystany podczas najbliższych wyborów. Po takiej informacji słupki na giełdzie zapierdzielają jak głodne szczury za serem. Takiej passy nie ma prawa zepsuć nic, nawet odkryty przez jedną z pracownic bug, który fałszuje wyniki. Szybkie jej uciszenie ma na celu utrzymanie pozycji firmy, która robi zlecenie dla rządu.
Oczywiście oba te wątki muszą się wzajemnie przeplatać. Dobbs okazuje się więc całkiem sensownym politykiem, walącym w ryj swoich przeciwników. Łatwo pokazuje, że ich kiełbasa wyborcza, to jednak śmierdzący, zgniły kawał mięsa. Przez ten sposób prowadzenia kampanii staje się dość poważnym rywalem, ale raczej nie ma szans wygrać wyborów. Po wyborach i po podliczeniu głosów okazuje się jednak, że stał się on mężem stanu numer jeden. Gdy pani analityczka zauważa, że błędu nie usunięto, a Dobbs zostaje prezydentem, postanawia podzielić się po raz kolejny uwagami ze swoim przełożonym. W ten oto sposób sama na siebie ukręciła sznur. Nikt nie chce jej słuchać, ona zaś popada w coraz to większą paranoję. Jedyną osobą, która może jej wysłuchać jest głowa państwa.
Nie będę ukrywał, że spodziewałem się po tym obrazie czegoś innego, byłem przekonany, że to typowa komedia. Mile się zaskoczyłem i co najważniejsze dobrze bawiłem, film był fajną odskocznią od typowo komediowych ról Williamsa. Warto.
ONA:
Polityka jest tematem tak żałosnym, tak brudnym, tak beznadziejnym, że świadomie odpuściłam uczestniczenia w niej i tak – wiem, nie po to moi przodkowie walczyli o wolność naszą i waszą, bym ja teraz kpiła z tego stawiania krzyżyka przy jakimś nazwisku – ale cóż, tak właśnie jest. To moja decyzja i skoro już mam tą wywalczoną wolność – mogę też olać politykę. Natomiast – bez dwóch zdań: jeśli chodzi o „politykę w aspekcie fabularnym”, niezależnie czy to książka, czy film, czy serial – jaram się. Dzisiejszy film również dotyczy polityki. I jest naprawdę bardzo fajną propozycją dla fanów tego tematu.
Tom Dobbs (Robin Williams) jest prezenterem telewizyjnym, który słynie nie tylko z ciętego dowcipu, ale również z tego, że potrafi bezpardonowo obśmiać polityków i władzę. Podczas kolejnego nagrania swojego programu, jedna z uczestniczek powiedziała coś, co bardzo go zainspirowało. Powiedziała, że właśnie on powinien zostać politykiem i starać się o najwyższy urząd w państwie. Dobbs pomyślał, zastanowił się i stwierdził, że to właściwie całkiem sensowny pomysł. Jako kandydat niezrzeszony, niepołączony ani z demokratami, ani z republikanami stanął do wyścigu. Był krnąbrny, obśmiewał ludzi przy władzy, skupiał na sobie uwagę swoim bardzo prostym i konkretnym programem. Nadszedł dzień wyborów… I ludzie postawili na niego. Prezenter telewizyjny został prezydentem. Ale czy na pewno w pełni zasłużył na zwycięstwo? Czy może była to tylko kwestia przypadku? Sprawą zaczęła się interesować Eleanor Green (Laura Linney), która znalazła błąd…
„Człowiek roku” to film, który można podzielić na dwie części. Pierwsza, to dochodzenie do władzy, a druga to dochodzenie do prawdy. Obie są równie interesujące, intrygujące i nawet dowcipne. Ta produkcja jest tak trochę na raz, ale i tak warto ją obejrzeć. Mi przynajmniej oglądało się ją rewelacyjnie. Robin Williams po raz kolejny udowodnił, że w rolach „komediowych” nie miał równych. Dowcipami i żartami rzucał jak z rękawa. Był autentycznie zabawny, nieco sarkastyczny i cyniczny, ale w takim „dobrym guście”. Jeśli chodzi o wątek polityczny, to mamy i barwnego ptaka, ale nie takiego jak nasz rodzimy „krul”, tylko takiego, któremu autentycznie zależy. Mamy też to wszystko „szemrane” w tle: walkę z innymi sztabami, walkę o uwagę, aż do prób zatajenia prawdy, które absolutnie nie mają nic wspólnego ze „szlachetnymi” obietnicami z bannerów i spotów. To film z drugim dnem, właściwie – nawet z kilkoma kolejnymi. Jest świetnie zagrany i zmontowany. Fabuła jest „jakaś” i mimo, że do największych dzieł z tej „gałęzi” ma daleko – i tak przyjemnie się spędza z nim czas.
