ONA:
W życiu jestem bardzo ostrożna i do wszystkiego podchodzę z ogromną rezerwą. Muszę mieć plan na każdą ewentualność i mimo tego, że raczej pozytywnie podchodzę do wszystkiego, wolę przewidzieć procedury na najgorsze chwile. Muszę planować, nie jestem w stanie pokonać tego natręctwa. I za każdym razem, kiedy przekraczam swoje własne podejście do świata, kiedy próbuję za wszelką cenę uwierzyć w dobre intencje, okazuje się, że ktoś, coś mnie ewidentnie dyma. W ciągu ostatniego miesiąca dałam się wydymać dwa razy: raz, przez niezbyt uczciwą klientkę i drugi, przez film „Her”, do którego podeszłam z zupełnie innymi oczekiwaniami.Najpierw powiem Wam co myślałam, że będzie. Otóż po obejrzeniu trailera miałam wrażenie, że wiem na 100% co znajdę w tym dziele. Joaquin Phoenix w roli hipstera, który zakochuje się w sposób cyfrowy w jakieś kobiecie. Całość będzie mieć charakter bardzo burzliwy, nasączony ogromną ilością wszelakich emocji, ale w jakimś tam stopniu będzie odzwierciedlało współczesnego człowieka, który poznaje ludzi w sieci, wchodzi w jakieś interakcje, zaprzyjaźnia się, zakochuje. Tak myślałam. Co dostałam? Otóż dostałam film, który dzieje się w niedalekiej, ale jednak, przyszłości, gdzie cyberrealność wypycha wszystko co ludzkie, a człowiek, otoczony z wszystkich stron elektroniką i postępem, powoli zatraca możliwość prawidłowego oceniania innych ludzi. Theodore Twombly jest jakąś formą pisarza, który na co dzień zajmuje się pisaniem listów w imieniu innych osób, do kogoś tam. Pisze listy miłosne, podziękowania, ale też i takie cięższe, w których trzeba kogoś przeprosić, z kimś się pożegnać. Jest w tym bardzo dobry – jego wrażliwość i empatia są autentyczne, co pozwala mu na zdobycie szacunku i uznania. Ale Theo jest osobą bardzo samotną – stosunki z ludźmi, szczególnie z kobietami, bardzo kuleją, właśnie się rozwodzi, nie ma zbyt wielu znajomych, nie mówiąc o przyjaciołach. Idąc trochę na łatwiznę, przenosi swoje relacje „ludzkie” do sieci, gdzie odczuwa pewnego rodzaju ukojenie. I pewnego dnia, chyba w kluczowym momencie samotności, postanawia skorzystać z usług bardzo inteligentnego systemu operacyjnego, który buduje relacje ludzko-wirtualne. Tak poznaje Samanthę, której głosu użycza Scarlett Johansson i która jest niczym innym jak bystrym, szybko uczącym się botem, o ambicjach bardziej ludzkich, niż u ludzi. Godziny, dni, tygodnie, jakie para spędza razem na rozmowach sprawia, że zakochują się oni w sobie i tu moja granica tolerancji na warstwę futuro-sci-fi się kończy. Ja rozumiem, że można zakochać się w systemie operacyjnym, bowiem doświadczam tego każdego dnia, odkąd po raz pierwszy w moim życiu zainstalował się produkt od Apple, ale bez przesady. Okej, gdy muszę popracować na Oknach, zawsze wracam z podkulonym ogonem do mojego srebrzystego Maciusia, tuląc go w ramionach powtarzam „Jesteś jedyny, najlepszy, najdoskonalszy”, ale nie zapraszam go na podwójne randki, nie uprawiamy ze sobą „seksu”, nie planujemy przyszłości – ot, platoniczne uczucie!
Obawiam się, że nie zrozumiałam tego filmu wcale. Połączenie totalnie zhipsteryzowanej plastyki, objawiającej się w bardzo indie szczegółach, jak kostiumy, scenografie, wystroje wnętrz i cała reszta w tle, z absolutnym technologiczno-futurystycznym pornem to dla mnie za dużo. Seans był dla mnie męczarnią, jakbym zanurzyła się w jakieś dziwnej mazi, z której nie umiem się wydostać. Jedyne, co mi się podobało, to klimat i muzyka – reszty nie jestem w stanie zaakceptować, a nazywanie tego filmu bardzo emocjonalnym zupełnie do mnie nie dociera. Cóż, widocznie jestem dalej w swojej skorupie. Myślałam, że czasy filmów o sztucznej inteligencji mamy już za sobą, a tu kapa – „Her” przetrze szlaki, bo okazuje się, że w tym temacie można zrobić nawet totalny melodramat.
Ja jestem na nie. Dla mnie to przerost formy nad treścią. Mniej więcej rozumiem ideę tego dzieła, ale samo wykonanie zupełnie do mnie nie dociera. Męczyłam się w całej tej technologicznej hipsteriadzie.
Aaa… Głos S. Johannson „w roli” uczącej się emocji „wirtualnej” to chyba najmocniejsza część filmu.
ON:
Dziwnym jest, że to Paulina wybiera film sci-fi. Prawda, że trochę przez pomyłkę, ale zawsze to jeden krok w kierunku ukochania tego wyjątkowego gatunku. Nie dziwię się, że dała się trochę nabrać na opowieść Spike’a Jonze’a, która nie do końca pokazywała to, czym tak naprawdę jest.
Filmów i książek o AI było wiele. Nie za każdym razem sztuczna inteligencja była tworem złym i morderczym, czasem pomagała ona w naszym codziennym życiu i wspierała nas w walce z przeciwnościami. Tak było np. w serii „Halo”. W „Her” Jonze skupia się na aspekcie ludzkiej samotności i potrzeby bycia z kimś innym. W zabieganym świecie wirtualny byt, który może być przy nas przez cały czas, okazuje się lepszym towarzyszem naszego życia niż żona, czy też życiowa partnerka.
Theodore Twombly jest facetem, którego dotknęły rodzinne problemy. Małżeństwo, które wydawało się idealnym, rozpadło się, a on sam nie może poradzić sobie ze stratą bliskiej osoby. Jedyne co może zrobić to uciec w pracę, a że jest ona ciekawa, pozwala mu zapomnieć o osobistych porażkach. Niestety, noce są samotne, wieczory zimne, ciemne i smutne. Nawet czas spędzony z przyjaciółmi nie daje mu satysfakcji. Czasy w których przyszło mu żyć, dają wiele możliwości. 90% społeczeństwa spędza czas z virtualami, osobowościami, które są ich swoistymi asystentami. Virtual potrafi sprawdzić pocztę, napisać list i umówić spotkanie. Pewnego dnia Theodore postanawia zakupić nową wersję cyfrowego pomocnika. Po krótkiej konfiguracji pozostaje sam na sam ze swoją nową „przyjaciółką” Samantą.
Początki ich znajomości są takie jak w przypadku 99% par. Poznanie drugiej osoby, jej przyzwyczajeń i charakteru tyle, że Samanta jest partnerką praktycznie idealną. Praktycznie, bo poza tym, że jest inteligentna, zabawna, jest zawsze obok nas, to niestety nie ma ciała i nigdy go nie zdobędzie. Poza tym SI uczy się z minuty na minutę. Poznaje zasady rządzące światem i stosunkami międzyludzkimi. Z biegiem czasu okazuje się, że związek ten to nie tylko rozmowy, ale i coś więcej. Theodore zakochuje się z wzajemnością w swojej „krzemowej” partnerce. Sytuacje takie nie są jednak za proste, wręcz przeciwnie – doprowadzają do specyficznych sytuacji, a serce okazuje się bić własnym rytmem.
„Her” jest filmem plastycznym i diabelnie ładnym. Wiele tutaj scen przepełnionych symboliką, dużo wyjątkowej nastrojowej muzyki i masa przesłań, z którymi muszą poradzić sobie widzowie. W pewnym momencie w całą opowieść wkrada się zamierzony chaos. W ten oto sposób reżyser pokazuje złożoność związku, nie tylko jego fizycznej, ale i psychicznej płaszczyzny. Dla mnie kino wyjątkowo dobre, świetnie zagranie i poprowadzone. Dawno nie było w kinematografii poruszanego tematu SI, a okazuje się, że wiele jeszcze w tej gestii można powiedzieć. Ja jestem na tak.
