ONA:
Początkowo ten film miał wyreżyserować Michael Bay, a do głównej roli pretendował między innymi Bruce Willis. Tymczasem za kamerą stanął Tony Scott, a na ekranie mogliśmy oglądać Denzela Washingtona, młodziutką Dakotę Fanning, Marca Anthony’ego i Christophera Walkena. Dziś „Man on Fire”.
Creasy (Washington) to koleś, który jest perfekcyjnie wyszkoloną maszyną do zabijania. Ale nie robi kariery w swoim zawodzie, bo zamiast mieć w łapie pistolet, on trzyma wiecznie wypełnioną butelkę z procentami. Ale trafia się mu w końcu fucha, ktoś daje mu szansę. Amerykanin podejmuje się ochrony małej dziewczynki, córki bogatego meksykańskiego przedsiębiorcy, bowiem żyją w miejscu, w którym porwania dla okupu są patologicznie częstymi wypadkami. Pita (Fanning) to urocza blondyneczka, która początkowo traktuje swojego nowego goryla jako trochę większą zabawkę, ale wkrótce pomiędzy nimi zaczyna kształtować się nietypowa sympatia. I jak to bywa w hollywoodzkich produkcjach – wtedy następuje tragedia. Mimo skrupulatnej obserwacji, mimo odpowiednich działań, porywacze przechytrzają ochroniarza, a mała zostaje porwana – rzecz jasna dla niebotycznego okupu, a Creasy zostaje ciężko ranny. Samuel i Lisa, rodzice Pity, stają na rzęsach, by odzyskać swoją pociechę. I wtedy przytrafia się coś strasznego – mała ginie. Wkurwiony do granic przyzwoitości Amerykanin postanawia poruszyć niebo i ziemię, by znaleźć morderców i porywaczy, którzy odebrali życie blondyneczce. I wierzcie mi – jest skuteczny. Od małych, nic niewartych pachołków, przez coraz wyższe rangi w organizacji, aż do samego szczytu. I kiedy wydawałoby się, że problem może rozwiązać jednym pociągnięciem za spust, okazuje się, że w uprowadzeniu maczali palce ludzie, którym ufał bezgranicznie. A potem pojawia się kolejny, miażdżący głowę zwrot akcji…
Cóż mogę powiedzieć o tym filmie? Dwie rzeczy składają się na jego zajebistość: montaż i fabuła. Kamera prowadzona jest w genialny sposób, bardzo dynamiczny, czasem i chaotyczny, ubarwienie zostało podbite, dzięki czemu nie mamy przed oczami pastelowo-majtkowej papki, z rozmytymi kadrami, oj nie. Tu wszystko jest ostre, wręcz brutalne. Bardzo podobały mi się zabiegi, które „rozdrażniały” kolejne ujęcia, chociaż przyznam, że pod koniec mnie to już męczyło. Jeśli zaś chodzi o historię, to to nie jest taka typowa opowiastka o tych złych i tym dobrym, który z narażeniem własnego życia chce posmakować zemsty i pomścić kogoś bliskiego. Tu mamy detektywistyczne tropienie, wyciąganie wniosków, szukanie winnych po nitce, od celu i bardzo twórcze unicestwianie ich. Washington okazał się nie tylko aktorem typu „kaznodzieja”, ale też twardym skurwielem, który żeby zabić nie musi analizować i kombinować. Do tego zwroty akcji, szczególnie pod koniec filmu absolutnie fałdują istotę szarą, żebyśmy mogli z niedowierzaniem wpatrywać się w ekran, nie tracąc czasu na tak błahe rzeczy jak mruganie czy oddychanie. A jedna z końcowych scen, ze śmiercią w tle, potrafiłaby rozmiękczyć nawet największego twardziela. Jeśli zaś chodzi o kreacje aktorskie, to były one poprawne, bardzo dramatyczne, ale nie ujęły mnie wcale. Upłakane i rozczochrane dziewczynki nie robią na mnie wrażenia.
Nienawiść i złość skoncentrowana w 146 minutach. Ciut za dużo, ale mimo to polecam. Bardzo.
PS. Willis byłby lepszy w tej roli.
A, jeszcze jedno. Z 24 kategorii trafnie ustrzeliłam 13 Oscarów. Z tych wszystkich różnic najbardziej mnie dziwi to, że „Frankenweenie” nie zgarnął nagrody głównej za długometrażową animację.
ON:
Podczas wczorajszego seansu „Człowieka w ogniu” Paulina powiedziała mi, że Tony Scott nie żyje. Nie wiem kiedy to się stało, podobno faceta zżerała rakowina lub jakieś inne bydle i postanowił skończyć z sobą. Jego śmierć to ogromna strata dla światowego kina, wystarczy tylko popatrzeć jak ogromną i wspaniałą filmografię miał on na swoim koncie. Tak się zdarzyło, że Papi nie miała okazji oglądać filmu o czarnym ochroniarzu w Meksyku, postanowiłem więc zaprezentować jej ten obraz.
„Człowiek w ogniu” to opowieść bazująca na książce o tym samym tytule, której autorem jest podróżnik i publicysta A.J. Quinnell. Podobno wszystkie jego książki opowiadają autentyczne zdarzenia, czy tak było i tym razem?
Tonny Scott wraz ze scenarzystą starają się pokazać współczesny Nowy Meksyk i rozprawić się z plagą zbrodni, jaka opanowała to miasto. Morderstwa, gwałty, a przede wszystkim porwania to chleb powszedni dla mieszkańców tejże metropolii. Zorganizowane bandy co kilkadziesiąt minut potrafią zgarnąć z chodnika dowolną osobę, wpakować ją do przejeżdżającego samochodu, a później zadzwonić do bliskich i bezczelnie poprosić o okup. Z tą falą zbrodni nie potrafi poradzić sobie ani rząd, ani policja, ale czego oczekiwać po kraju, w którym co drugi policjant jest skorumpowany. W tym świecie żaden zamożniejszy obywatel nie może czuć się bezpiecznie. Aby choć przez chwilę móc spokojnie spać, należy wynająć dobrego ochroniarza. Takim człowiekiem jest Creasy – uciekający przed swoją przeszłością wojskowy, który ma problem alkoholowy. Opuszcza on Stany i odwiedza swojego kumpla Rayburna. Facet ten przewozi przez granice kolejne partie uchodźców i dzięki czemu żyje jak król. To właśnie on nagrywa mu robotę, którą przyjdzie mu wykonywać przez najbliższe tygodnie. Creasy ląduje w domu Samuela i Lisy, rodziców siedmio-, może ośmioletniej Pity. To właśnie blond dziewczynka będzie potrzebowała opieki. Ciemnoskóry ochroniarz będzie woził ją do szkoły i na dodatkowe zajęcia. Początek pracy jest trudny, ponieważ dziewczynka nie do końca chce zrozumieć układ, jaki między nimi panuje. On ochroniarz, ona klientka, ale wraz z upływem dni kawałek kamienia, jaki bije zamiast serca w klace Creasey’a, zmienia się w miękką piankę. Dziewczynka rozwala go swoimi pytaniami i zachowaniem, i tak nawiązuje się miedzy nimi specyficzna więź. Niestety, sielanka szybko się kończy, ponieważ mała stała się celem ataku porywaczy. Pomimo kilu trupów, jakie padły z ręki mężczyzny, nie udało mu się uniemożliwić wszystkich porywaczy, a on sam w ciężkim stanie ląduje w szpitalu. Ponieważ w sprawę byli zaangażowani skorumpowani gliniarze, jest jeszcze weselej. Po wyjściu ze szpitala Creasey postanawia na własną rękę wymierzyć sprawiedliwość wszystkim, którzy zamieszani byli w sprawę.
Dla mnie jest to jeden z lepszych filmów, jakie przyszło mi oglądać w ciągu ostatnich kilku lat. Może jest ciut za długi i za wolno się rozkręca, ale całość jest wręcz fenomenalna. Film jest brudny, brutalny i czasami wręcz chaotyczny, ale nie przeszkadza to w jego odbiorze. Fenomenalne kino.
