ON:

W swojej filmotece Jérôme Salle miał dwa filmy, które mi się podobały. Były to opowieści o przygodach Largo Wincha. Ta bazująca na komiksie historia, była całkiem zgrabnie została zagrana i wyreżyserowana, a co najważniejsze – dość wiernie oddawała klimat obrazkowych przygód Wincha. Po dwóch latach od drugiej części perypetii Largo, spod rąk Jérôme’a wychodzi chłodny i brutalny „Zulu”.

Jest coś ze mną nie tak. Bardzo lubię kino dziejące się i opowiadające o Afryce. Coś mnie fascynuje w Czarnym Lądzie, w jego dzikości i zezwierzęceniu. Czytając książki, reportaże i felietony utwierdzam się w przekonaniu, że powinniśmy dziękować, iż urodziliśmy się białymi Europejczykami.

Ali Sokhela, jeden z głównych bohaterów dramatu, jest postacią niezwykle tajemniczą. Rąbek przeszłości został odkryty na samym początku tejże historii, ale dopiero druga połowa filmu wyjaśni kilka innych zagadek. Ali jest policjantem z wydziału zabójstw i wraz z dwójką innych detektywów – Brianem Epkeenem (Orlando Bloom) i Danem Fletcherem starają się, aby na ulicach Kapsztadu było trochę spokojniej. Każdy z tej trójki, ma inne problemy, a ich rozwiązanie nie jest tak proste, jakby się to mogło wydawać. Ali myślami krąży cały czas w przeszłości, Brian po rozstaniu z żoną ma więcej problemów, niż miał przed nim, Dan wydaje się być szczęśliwym ojcem, ale zupełnie nie pasuje do tej pracy. W pewnym momencie priorytety się zmieniają, a praca w kapsztadzkiej policji nie należy do najbezpieczniejszych.

Tę trójkę poznajmy w momencie znalezienia ciała zamordowanej, białej dziewczyny. Okazuje się, że to córka bogatego trenera sportowego. Podczas rozpoczętego śledztwa wychodzi na jaw kilka drobiazgów, między innymi to, że denatka była pod wpływem narkotyków, a przed śmiercią na pewno odbyła stosunek seksualny. Znalezienie sprawcy lub sprawców morderstwa nie jest jednak takie łatwe. W RPA świat przestępczy wygląda inaczej, to policjant często boi się bandyty, który nie ma skrupułów, aby pociągnąć za spust. Ludzkie życie nie ma tutaj wartości. Dowiemy się o tym bardzo szybko, a dokładnie mówiąc w 30 minucie filmu. Starcie na plaży z lokalnym gangiem kończy się dla ekipy Aliego bardzo drastycznie. Od tej chwili sprawa staje się bardziej osobista. Sprawnie przeprowadzone śledztwo prowadzi do kolejnych śladów, ale do ostatecznej konfrontacji jest jeszcze daleko.

„Zlulu” jest filmem niezłym. Dobrze zagrany, z całkiem sprawnie poprowadzonym scenariuszem (jest to adaptacja powieści Caryla Fareya) i z brudnym klimatem. To kino wyróżniające się wśród wielu oklepanych dramatów kryminalnych. Na pewno warto choć raz go obejrzeć.

ONA:

Afryka coraz śmielej gości na dużym ekranie, jako miejsce, jako scenografia pod kolejny film, gdzie najpewniej będzie bardzo surowo, naturalistycznie, dziko i brutalnie. W głowie przeciętnego białasa – niezależnie po której części Oceanu Atlantyckiego, tak właśnie wygląda Czarny Ląd. Z perspektywy objazdowej wycieczki wszystko jest piękne i zachwycające. Nie widać biedy, nie widać wykorzystywania, nie widać ciemiężonych ludzi, których albo zabije AIDS, albo jakaś kolejna rewolta. „Zulu” to film, który sporo obnaża. I absolutnie nie można zaliczyć go do grona lekkich filmów, które ogląda się „ot tak”. To ciężkie kino, które wstrząsa.

Wiele lat temu mały Sokhel prawie zginął, kiedy jego wioska została napadnięta przez jakiś oszołomów. Przeżył tylko on i jego matka, ale mały chłopak został trwale okaleczony, co ogromnie wpłynęło na jego życie. Dziś, już jako dorosły mężczyzna (w tej roli Forest Whitaker), pracuje w kapsztadzkiej policji, gdzie dowodzi wydziałem zabójstw. Jest rewelacyjnym gliniarzem, który ma intuicję, który jest odważny i prawy. A bycie prawym w takich regionach to nie lada cnota. Razem z dwójka innych, białych policjantów, rozpoczynają dochodzenie w sprawie tajemniczej śmierci pewnej młodej dziewczyny. I jak łatwo się domyślać – nic nie jest takie oczywiste, takie proste i banalne, jak może się wydawać. Za tym i za kilkoma innymi zgonami – bo nie łudźcie się, że trup będzie tylko jeden – stoją ogromne pieniądze, władza i panowanie… Do pewnego momentu to klasyczne „dochodzenie”. Potem ginie jeden z policjantów i zaczyna być śmierdząco. A na końcu to krwawa zemsta, która w rękach pokrzywdzonych jest bronią najsilniejszą i niepokonaną.

Główną role w tej produkcji powierzono Whitakerowi – wielkiemu, bardzo charakternemu aktorowi, którego dotychczasowy dorobek zachwyca, ale w „Zulu” zupełnie się nie odnalazł. Rozumiem, że tragedia, która spotkała jego bohatera musiała wywrzeć na nim jakieś piętno, ale on po prostu w tej kreacji jest słaby i zupełnie nie porywa. Zupełnie odwrotnie do tego, co pokazał Orlando Bloom, który w tym filmie jest nieco skurwielowaty. Jego bohater to trochę pijak, trochę babiarz, trochę porywczy choleryk, który bezpardonowo rozprawia się z wszystkimi. Też ma nieco przekopane życie prywatne, ale to nie jest zły człowiek… On po prostu ceni nieco inne wartości…

Ale abstrahując nieco od warstwy aktorskiej – fabuła jest świetna. Wciąga, przeraża i daje do myślenia. Obdziera ze złudzeń. Zakończenie tego filmu wcale nie jest takie, jak można się spodziewać. Nie ma słodkiego pierdzenia i zbędnego patosu. Jest mocno, jest brutalnie, jest krwawo, a człowiek zatraca się w swoim człowieczeństwie.