The Last Guardian – recenzja

The Last Guardian - recenzja

Od zawsze, kiedy wspominamy PS2, na ustach graczy pozostają dwie kultowe gry: „ICO” oraz „Shadow of the Colossus”. To dwie perełki, jakie zaskakują swoją budową i które uważane są za małe dzieła sztuki. Później na PS3/PS4 pojawiło się „Journey”, które w jakiś sposób nawiązywało do tej tradycji, ale tak naprawdę prawdziwie oczekiwanym tytułem był „The Last Guardian”. Czy gra sprostała oczekiwaniom? Opinie krytyków są różne.

The Last Guardian – recenzja

Mały człowiek, wielki zwierzak

Na historię, jaką zobaczymy na ekranie, kazano nam czekać 9 lat. To tytuł po przejściach, którego burzliwe losy mogą posłużyć jako temat na książkę. Ale teraz nie będzie o tym. „The Last Guardian” to opowieść o więzi i przyjaźni pomiędzy małym chłopcem a pierzastym stworem o imieniu Trico. Ich wspólne dzieje zaczynają się w dziwnych lochach. Chłopiec budzi się ze snu i widzi, że ogromny zwierzak skrępowany jest łańcuchem, a z jego ciała wystają połamane kawałki strzał lub włóczni. Pierwszy kontakt nie jest zbyt udany. Chłopiec się boi, a bestia nie jest zbyt przyjaźnie do niego nastawiona. Dopiero, gdy uda nam się usunąć strzały oraz zdobyć pożywienie, przełamujemy pierwsze lody. Tak też zaczyna się nasza wspólna podróż, która pełna jest przygód, niebezpieczeństw oraz zagadek. Narratorem całej opowieści jest chłopiec, który teraz jest już dorosłym mężczyzną i wraca wspomnieniami do tamtych czasów.

The Last Guardian - recenzja

Zapomnij o podpowiedziach

Podobnie jak we wspomnianych „ICO” oraz „Shadow of the Colossus”, tak i tutaj nie uświadczymy samouczka. Musimy grać na wyczucie, często kierować się intuicją oraz typowymi dla gracza odruchami. Od czasu do czasu mamy możliwość zobaczenia małej podpowiedzi, ale są one dość rzadkie. Poza tym sterowanie przypomina to, jakie znamy z PS2, kiedy wszystko było trochę inne. Dodatkowo trzeba wspomnieć o systemie kolizji, który nie wybacza pomyłek. To nie nowe gry, gdzie nawet „kilkanaście pikseli” błędu jest nam wybaczane. Tutaj skok musi być wyliczony co do milimetra, gdyż inaczej możemy zapomnieć o udanej akcji. No i na koniec wisienka na torcie. Praca kamery, która wielokrotnie będzie nas doprowadzać do szału. Niestety czasem ucieka ona w takie miejsce, że nie ma szans, abyśmy obejrzeli cały interesujący nas obszar.

The Last Guardian - recenzja

Trico nie jest posłuszny

Niestety sterowanie zwierzakiem też ma swoje minusy. Czasem gra „nie łapie”, co chcemy od naszego pupila. Z drugiej strony świetnie przedstawione są jego „dzikie zachowania”: czasem gdy jest on wystraszony, wystarczy go pogłaskać, nie możemy zapomnieć, by od czasu do czasu go nakarmić, a w chwilach, gdy jesteśmy zagrożeni, ratuje nas walcząc z przeciwnikami lub łapiąc nas przed upadkiem w przepaść. To wszystko robi wrażenie, a im dalej posuniemy się w rozgrywce, wydawać się nam będzie, iż nasza więź z tym osobnikiem rośnie i rośnie.

The Last Guardian recenzja

Graficzne zgrzyty?

W sieci można znaleźć głosy, że widać w grze błędy graficzne, że tytuł ma problemy z optymalizacją, że na pewno ktoś użył elementów przygotowanych jeszcze z myślą o PS3. Czy tak faktycznie jest? Ciężko mi powiedzieć. Zdarzyły się chwile, gdy na ekranie lokalizacje były brzydsze, a obraz gubił płynność, ale nie zauważyłem ich zbyt wiele. Może po prostu za bardzo skupiałem się na samej przygodzie?

„The Last Guardian” jest tytułem innym niż obecnie pojawiające się gry. Spokojniejszy, skupiający się bardziej na samej przygodzie i opowieści niż na typowych elementach pełnych akcji. Trochę przypomina mi on „Majin and the Forsaken Kingom”. Nie jest to gra dla każdego, ale daje ogromne poczucie spełnienia, gdy już poznamy całą historię.

Tagi: The Last Guardian – recenzja,gry, recenzja, marudzenie, blog popkulturowy, blog marudzenie
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Autor: Dawid

Podziel się postem
468 ad