ONA:

Nie wiem skąd się u mnie to wzięło, chociaż podejrzewam, że to hormony i odpowiedni dzień cyklu, ale nagle poczułam ogromną chęć na thrillery erotyczne. Te dwa, które najbardziej lubię, są z lat 90tych i główną role w obu powierzono Michaelowi Douglasowi. Miałam ogromne szczęście, że oba – zarówno „Fatalne zauroczenie”, jak i dziś opisywany „Nagi instynkt” obejrzałam odpowiednio wcześnie. I tak sobie myślę, że one mogą śmiało pretendować do ról synonimów władzy i posiadania. W różnych formach, układach i pozycjach. O ile Alex z „Fatalnego zauroczenia” była kobietą pieprzniętą, która obsesyjnie próbowała zdobyć to, czego pragnęła, tak Catherine Tramell to bogini, przed którą niejeden (i niejedna) padł na kolana. Ale po kolei. Detektyw Nick Curran (Michael Douglas) to impulsywny, nieco arogancki gliniarz, bardziej w typie „ten zły”. Ma za sobą pełno problemów, bo źle się mu wiedzie zarówno prywatnie, jak i zawodowo. Kolejna sprawa, którą dostał, wcale nie będzie tak prosta, jak mógł sobie zakładać. Otóż pewnej nocy tragicznie zmarł były gwiazdor rocka. No okej, nie aż tak tragicznie, bo najpierw był dziki, nieokiełznany seks, taki z wiązaniem i uciechą do samego końca, z pewną blondynką. Niestety, jasnowłosa piękność wraz ze swoim szczytem postanowiła „zajebać” – dosłownie i metaforycznie – przy pomocy szpikulca do lodu. Kilka dźgnięć w strategiczne miejsca – i muzyk stał się sztywny po wieczność. Oczywiście z miejsca rusza dochodzenie. Ostatnią osobą, z którą widziano rockersa była jego „dziewczyna” – Catherine Tramell (Sharon Stone), która po odziedziczeniu ogromnej fortuny po swoich zamożnych rodzicach, postanowiła bawić się w zawód lekki i przyjemny i zaczęła pisać książki. W jednej z nich dość skrupulatnie i dokładnie opisała śmierć byłej gwiazdy estrady po łóżkowych igraszkach, dokonaną za pomocą szpikulca do lodu. I teraz pytanie brzmi: czy Tramell zabiła naprawdę, czy ktoś się jej twórczością inspiruje? Zaintrygowany sprawą – a tak naprawdę apetyczną pisarką – policjant, wpada w obsesję na punkcie tej sprawy. A ona idzie dokładnie tym samym torem, co zarys fabuły kolejnej książki naszej pisarki, w której policjant z problemami zakochuje się w niewłaściwej kobiecie…

„Fatalne zauroczenie” było mocnym thrillerem erotycznym z psychozą w tle. „Nagi instynkt” był również mocnym thrillerem erotycznym i z psychozą w tle, ale tu do tego dochodzi trup, który ewidentnie nie żyje. Kiedy pierwszy raz obejrzałam film Paula Verhoevena, a miałam lat BARDZO mało, stwierdziłam, że Catherine Tramell to kobieta idealna. Już pomijając całą sferę powierzchowną: przepiękną twarz, zadziorne spojrzenie i  ciało bogini, to to, co się działo w jej głowie,doprowadza mnie do ekstazy intelektualnej. To jak ona uwodziła, jak doprowadzała do wrzenia i napinania niejednych spodni, to jak kokietowała – to materiał na całkiem dobrą pracę badawczą z zakresu psychologii seksualnej. Ta bohaterka była synonimem niesamowicie erotycznej inteligencji, którą z gracją, ale też z ogromną zabawą, wykorzystywała do swoich celów. Do swoich i tylko swoich celów – dodam.

„Nagi instynkt” to bardzo intrygujące dzieło, które wytyka człowiekowi całą jego zwierzęcość, ukazującą się w instynktach. Możemy udawać, że nad nimi panujemy, ale wystarczy niewielki impuls, by zatracić się zupełnie. Ten film bazuje na instynktach, które są najmocniejszymi elementami każdego z gatunków, które możemy w nim znaleźć. Jest fajny erotyk, bardzo zmysłowy i drapieżny. Jest inteligentna rozgrywka kryminalna, która dość długo wodzi nas za nos, pstrykając w niego co jakiś czas, z zaskoczenia. A całość polana jest przyjemną psychologiczną zabawą w kotka i myszkę. Ten film zupełnie nie traci świeżości, nie trąci kiczem, nadal wciąga i bez dwóch zdań – elektryzuje.