ONA:
Byłam pewna, że Judd Apatow to kobieta. No wprost nie umiało mi nawet przejść przez myśli, że tego typu kino tworzy facet. Dlaczego? Bo jest ładne, bardzo estetyczne wizualnie i romantyczne. Ale tak sobie teraz myślę (bo już wiem, że Judd Apatow to koleś i który do tego wszystkiego wydaje się hetero), że nie zwróciłam uwagi na jeden „szczegół”. To kino jest letko męskie, w sensie z solidnymi męskimi wstawkami i elementami. Apatow wyreżyserował niezbyt wiele filmów, ale mieszał za to w kilkunastu popularnych komediach, typu „Telemaniak”, „40-letni prawiczek”, czy „Nie zadzieraj z fryzjerem”. Widziałam większość jego dzieł (tak wiem, gust do wymiany), ale chyba najbardziej podobała mi się (paradoksalnie) „Wpadka”, czyli ckliwa komedia o tym, jak jedna, niezałożona prezerwatywa może przekopać człowiekowi życie. Swoją drogą – lubię ten film bardzo, mimo, że jest totalnie odrealniony.
Od sukcesu tej produkcji, który był niewątpliwy, minęło 5 długich lat, które nie były zbyt łaskawe dla pana scenarzysty i reżysera. Owszem, napisał wtedy scenariusz do filmu z włochatym Zohanem, wyreżyserował jakieś dwie produkcje, ale było przeciętnie. Więc co się wtedy robi? Ano trzeba dokopać się do starych, dobrych pieleszy i na ich grzbiecie pociągnąć sukces. Sequel historii Bena i Alison? Kolejne ujęcia na rodzącą pochwę i niewybredne żarty kumpli? Nic bardziej mylnego, tym razem bohaterami są Debbie (Leslie Mann) i Pete (Paul Rudd), którzy we „Wpadce” grali drugoplanowe role (Debbie i Alison były siostrami – tak tylko przypomnę) i którym chyba wtedy obiecano, że dostaną swój film. No więc przenosimy się do idealnego domu małżonków, by poznać ich nieco lepiej. „Wpadka” kończyła się jednym, wielkim happy endem, również u tej pary. Ale wystarczyło 5 lat, by znowu byli „w dupie”. Ich córki podrosły i są nieznośne, a kryzys wieku średniego puka do drzwi. Do tego dochodzą ogólne problemy biznesowe i rodzinne, żebyśmy mieli idealne antidotum dla wszystkich osób, które wahają się czy zakładać rodzinę. O ile po „Wpadce” jest jeszcze nadzieja, tak po „40 lat minęło” – nie ma nic, poza krzykiem i wzajemnymi pretensjami. Małżeństwo stoi na rozdrożu. Opcji wyboru jest wiele. Mogą walczyć razem, mogą iść oddzielnie. Mogą rzucić się w ramiona przyszłości, nie bacząc na to, co działo się dawniej, albo też babrać się w tym, co niosła przeszłość i to w jaki sposób zdefiniowała ona ich życie. A wszystko zaczyna się w magicznym dniu, kiedy pojawia się tak zwana „czwórka z przodu”.
Przede wszystkim zacznijmy od tego, że przez 90% filmu mamy do czynienia z dramatem, który naprawdę jest wypełniony jednym wielkim krzykiem, problemami, roszczeniami i pretensjami – DO WSZYSTKICH. Jesteśmy w bardzo niekomfortowej sytuacji, bo nawet siedząc w swoim własnym domu, na własnej kanapie, pod własnym kocem, czujemy się jakbyśmy byli świadkami kłótni rodziców/znajomych i zupełnie nie wiemy co zrobić. Widzimy dramat rodziny, która powoli się rozpada, w której wszyscy są sfrustrowani, a niepowodzenia łapią się każdej dziedziny życia. Do tego wchodzimy w niezwykle niebezpieczną „przeszłość” bohaterów, przy użyciu której teraz mogą tłumaczyć wszelkie problemy. Konflikt „dzieci-rodzice” trwa i ma się dobrze.
Najpopularniejszy polski portal o filmach ocenia „40 lat minęło” jako niezły. Ja – jako słaby. Irytuje i odrzuca. Debbie drażni, a Pete „ma coś w odbycie”. Ale obejrzeć można, jak ktoś chciałby dowiedzieć się jak kończy się serial „Lost”.
Ale żeby tak bardzo nie „jeździć” po komediach „emocjonalnych” – jutro „PS. I love you”
ON:
Po przeciętnej „Wpadce” Judd Apatow postanawia zabrać się za kontynuację tegoż obrazu i tworzy „40 lat minęło”, film jeszcze gorszy niż poprzednik. Reżyser znany jest ze słabiutkich komedyjek i to, co oferuje widzowi woła o pomstę do nieba. Dostajemy bowiem kino kiepskie, nie tylko słabo zagrane, ale z beznadziejną historią, która stara się coś wnieść do życia widza, chociaż z góry jest to skazane na porażkę.
Zapomnijcie o Alison i Benie, którzy starali się ciągnąć „Wpadkę”, nie ma ich na ekranie, nie zobaczycie ich ani razu, bo po prostu Apatow odciął tamten wątek jednym chirurgicznym cięciem. Teraz zabrał się za rozkładanie na części pierwsze związku Debbie i Pete’a, którzy przewinęli się przez poprzednie dzieło. Ta dwójka zbliża się do 40-tki, mają dwójkę dzieci i masę problemów na głowie. Od dorastających pociech, przez kłopoty finansowe, a na rodzinnych kończąc. Właściwie ciężko mi powiedzieć, który z nich jest najważniejszy, bo każdy wydaje się mieć najwyższy priorytet. W tej trwającej ponad 130 min kaszance reżyser postanowił wepchać wszystko, co tylko się dało. Brakuje tylko poruszenia problemu głodu na świecie, wojen w afrykańskich państewkach i kwaśnych deszczy. Możliwe, że takie było zamierzenie zrobić cholernie niestrawny koktajl, podać go widzom i modlić się o jak najmniejsze skutki uboczne. Mnie osobiście „40 lat minęło” zmęczyło bardzo. To ciągła, trwające dwie godziny kłótnia pomiędzy głównymi bohaterami, przeplatana kłótniami z dziećmi, rodzicami i pracownikam. I po co? W imię czego? Nie mam pojęcia. W tym filmie praktycznie wszystkie postacie są na swój sposób irytujące i widz nie ma za bardzo z kim się identyfikować. Bo co, mamy być wredną podchodzącą pod 40-tkę rurą, jej mężem, który upiera się wydawać muzę mimo tego, że za bardzo się na tym nie zna, a może ojczulkiem ciągnącym kasę od swojego syna? Na dodatek jest to komedia, która ani razu nie zmusiła mnie do śmiechu. Podczas badania u proktologa jest więcej zabawy, niż w tym słabiutkim dziełku. To także przykład na to, że sequel potrafi być dużo gorszy od oryginału, a jak wiecie nie był on wybitny.
Właściwie powinienem coś jeszcze napisać o tym „czymś”, ale szkoda mojego czasu i energii. Wystarczająco – straciłem 133 minuty, podczas których otwierały mi się stare rany wojenne, a oczy zaczęły mi ropieć. Ostrzegam nie traćcie czasu na tą nudną, niedającą ani grama rozrywki historię.
