ONA:

Autentycznie, nie mogłam się doczekać tego dnia, kiedy w końcu obejrzę ten film. I wiecie co? Jestem totalnie usatysfakcjonowana!

Jeśli miałabym jednym słowem określić „World War Z” to byłaby to „dzikość”, bo takie właśnie są zombiaki w produkcji, która zyskuje dodatkowe punkty między innymi za to, że rolę główną powierzono Bradowi P. Całość zaczyna się bardzo normalnie i wręcz przewidywalnie, ale napisy początkowe już powoli zarysowują nam to, o czym będzie film. Sekwencje „porannych” wiadomości przerywane są typowymi działaniami zwierząt w dzikiej przyrodzie, które nawzajem się zżerają. Ale zostawmy czołówkę i idźmy dalej. Zaczynamy w Filadelfii, gdzie typowa amerykańska rodzina właśnie przystępuje do porannego posiłku. A potem państwo Lane – Gerry i Karin oraz ich dwie córki stoją w gigantycznym korku w centrum miasta. Żadna nowość. Tylko dosłownie parę minut później zaczyna się coś dziać i to „coś” jest bardzo niepokojące. A potem już jest z górki. Okazuje się, że ludzkość musi stoczyć gigantyczną i morderczą walkę z nieumarłymi, czyli prosto mówiąc – z zombiakami. Brzmi tandetnie i oklepanie, prawda? Nic bardziej mylnego. Do tego w wojnie z tymi niezbyt urodziwymi postaciami przegrywamy z kretesem, bowiem wystarczy jedno ukąszenie, potem jakieś 10 sekund ataku „padaczkowego” i mamy kolejnego zombiaka, który jest głodny. Oczywiście, w tego typu produkcjach musi pojawić się jakiś odważny element, który będzie próbował pokonać czyhające na każdym kroku zło i właśnie tą osobą jest Gerry (B. Pitt), były śledczy ONZ, który jest aktualnie w stanie spoczynku, bo przed kilkoma laty nie raz znajdował się w samym środku niejednego piekła. Zatem pan Lane wchodzi do gry i zaczyna walczyć o ludzkość. Tyle jeśli chodzi o fabułę.

A teraz czas na ocenę. Film jest świetny. Trzyma w napięciu do samego końca, zaskakuje i trochę straszy, ale tej typowej, horrorowej „grozy” nie ma tu za wiele. Owszem, podskoczyłam kilka razy na fotelu kinowym, ale kto by nie podskoczył, jak tu nagle, z dupy wyskakuje taki paszczur?! Poza tym, jest niebywale dynamiczny. To zasługa i zombiaków, którzy przypominają tempem rwącą rzekę, wlewając się w ulice i niszcząc wszystko to, na co napotkają. Ta dzikość jest niesamowita. Nieumarli są nieobliczalni w swoim zachowaniu. Są jak wściekłe mrówki, jak szarańcza, tylko ludzkich rozmiarów. Nie baczą na nic. Są prawdziwymi potworami… No i jest kilka takich zwrotów akcji, że zaczynamy powoli wątpić w to, że komuś uda się pokonać tę zarazę, która trawi ludzkość. Ale oczywiście, jest Brad Pitt. Boski. Im starszy, tym lepszy, z genialną fryzurą i tym „czymś” w oczach. W nim jedyna nadzieja, bo przecież tak muszą być skonstruowane tego typu produkcje. Tylko on umie wyciągać wnioski, analizować, nie wspominając o tym, że tylko w nim jest wystarczająco duża odwaga. Wyrusza zatem z młodym wirusologiem i kilkoma żołnierzami do Korei, by tam zbadać sprawę i znaleźć pacjenta zero, nie wspominając już o tym, że najlepiej by było znaleźć cudowny lek na to „coś”. Niestety, problemy pojawiają się zaraz po tym, gdy ekipa ląduje. Potem przemieszczają się w coraz bardziej okrojonym składzie po kolejnych miejscach (w pewnej chwili buzował we mnie antysemityzm, ale został ukojony, a teraz mi wstyd). Te ciągle zmiany miejsc, osób, okoliczności dodają kolejne punkty do wspomnianego już dynamizmu. Nie ma opcji, żeby się nudzić. Nie ma szans, żeby zrobić „Uff”, a nawet jeśli już – to za chwilę znowu coś się wydarzy. Poza tym, w „World War Z” mamy jeszcze jedną rzecz, która niektórych może drażnić, innych nie (ja do nich należę), ale jest w tym filmie sporo niedopowiedzeń i te tajemnicze niejasności jeszcze bardziej podbijają klimat. Nie wiemy skąd ta zaraza się wzięła i każdy nowy bohater nie jest w sposób oczywisty od razu przez nas poznany. Kolejna rzecz: w tym filmie nie ma bezczelnego i nachalnego triumfu Stanów Zjednoczonych – aż mnie to zdziwiło. Byłam pewna, że skończy się trochę bardziej jak „Epidemia strachu”, a tu zaskoczenie (i jednocześnie otwarta furtka na ewentualne sequele). Całość kręcona jest nieco jak dokument typu „Dystrykt 9” albo „Projekt: Monster”, czyli momentami mamy wrażenie, że zaraz dopadnie nas padaczka albo chociaż zawrót głowy, ale nawet w trzy de nie wygląda to zbyt tragicznie.

Trzy zastrzeżenia: za mało krwi, bebechów i flaków – podniesienie kategorii wiekowej byłoby strzałem w dychala. Lekkie niedociągnięcia, które przeczą prawom fizyki, biologii i innych nauk, ale co tam. Aaa, jeszcze to, że dzwonienie telefonu, podczas gdy ekipa skrada się w ciszy przed potworami albo innego rodzaju zagrywki, które sprawiają, że masz ochotę potrząsnąć ekranem, bo ma być bezszelestnie, a tu nagle ktoś kopnie do puszki – to wystawianie mojej irytacji na ciężką próbę. Jeśli chodzi o całość, oceniam bardzo dobrze. Zaiste jest to dobra, zombiakowa produkcja, a to moim zdaniem, nie zdarza się zbyt często. Świetne kino wakacyjne.

ON:

Zombiaki to temat oklepany jak tyłek grubej murzynki, ale cały czas sprzedaje się dobrze. Ostatnie miesiące przyniosły nam kilka tytułów, które kręciły się wokół nieumarłych. Nowe „Dead island”, „The last of Us” czy  “The Walking Dead”. Apokalipsa w wykonaniu trupów jest krwawa i bolesna. Pozostawia za sobą beznadzieje i spustoszenie. Zarażeni bliscy umierają, nie ma lekarstwa na tę zarazę. Ktoś, kogo kochałeś w ciągu kilku sekund staje się bestią, żadnym krwi potworem. Hordy nieumarłych nie pokonamy wraz z 3 przyjaciół jak miało to miejsce w „Left 4 dead”, samotnie także będzie to ogromny problem. Śmierć sunie, przesuwa się swoim tempem i pożera wszystko, co napotka na swojej drodze.

Gdy zobaczyłem po raz pierwszy trailer do „World War Z” wiedziałem, że będzie to film, który jako fan horrorów, zombiaków i apokaliptycznych klimatów muszę zobaczyć. Wróciłem dziś z seansu i przyznaję, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczony. To naprawdę fantastyczne wakacyjne kino. Filmy, jakie serwują nam dystrybutorzy w okresie letnim, mają nas rozerwać, dać nam odpocząć po kolejnych tygodniach w robocie. W dziełach wakacyjnych ma się dziać, mamy siedzieć jak na szpilkach i obgryzać paznokcie naszych kinowych sąsiadów. I taki jest „WWZ” – pełen akcji, która zaczyna się pięć minut po napisach początkowych. Właściwie, już same napisy początkowe są swoistym wprowadzeniem do opowiadanej historii. Przy akompaniamencie intensywnej muzyki, przeplatają się wzajemnie fragmenty telewizyjnych wiadomości i filmów przyrodniczych. Kanały informacyjne w kółko informują o kolejnych pojawiających się na całym świecie przypadkach zarazy, a zdjęcia z filmów przyrodniczych pokazują walczące ze sobą dzikie zwierzęta. Taki mix brutalności i złych wiadomości, który ma nas przygotować na to, co będzie działo się na ekranie za kilka minut. Gdy myślę o zombie z dzieła Marca Forstera, to na myśl przychodzi mi tylko rój. Tutaj nie mamy do czynienia z powolnymi, ociężałymi stworkami z „Plants and Zombies”. Ci nieumarli są jak zaraza, posuwają się falą, prą do przodu i nic nie stanie im na przeszkodzie, aby dobrać się do ciepłego ludzkiego ciała. Zanim jednak epidemia nastąpi, poznamy Gerry’ego Lane oraz jego rodzinę – żonę Karin i dwie córki. Z krótkiego wprowadzenia dowiemy się, że kiedyś pracował on dla rządu, ale zrezygnował ze swojej posady, bo tracił kontakt ze swoimi bliskimi. Wiemy też, że jego działania nie sprowadzały się do przerzucania papierków na biurku, ale do pracy w terenie, a to, co robił, robił najlepiej jak potrafił. Wszystkiego dowiadujemy się z rozmowy podczas porannego śniadania, a po nim szczęśliwa rodzina kieruje się do pracy i szkoły. Nie jest im jednak dane dotrzeć na miejsce, gdyż w czasie ich drogi rozpoczyna się epidemia. Co jest lepszego dla zarażonego nieumarłego, jak nie miasto pełne spanikowanych ludzi. Kolejne ciała padają na zatłoczone ulice, aby później, po kilkunastu sekundach poderwać się i przyłączyć do szaleńczego biegu śmierci. Pewnie i  rodzinę Lane’a czekałby ten sam los, gdyby nie jego trzeźwy umysł. Ze środka piekła wyciąga go jego stary przyjaciel, pracujący w ONZ Thierry Umutoni. Jednak na wojnie za wszystko trzeba płacić, a cena, jaką przyjdzie ponieść Gerry’emu jest ogromna: w zamian za schronienie i opiekę dla jego rodziny, musi polecieć do Korei, gdzie prawdopodobnie rozpoczęła się zaraza. Trzeba działać szybko, bowiem ilość zarażonych rośnie w przerażającym tempie. Tak oto wygląda pierwsze 15 minut „World War Z”.

Film ogląda się naprawdę bardzo dobrze, każdy fan akcji, wybuchów strzelanin znajdzie tutaj coś dla siebie. Trzeba przyznać, że spece od efektów spisali się na medal, a sekwencje przemieszczania się „roju” są wprost fenomenalne. Widać w nich dzikość, tępy pęd do świeżego mięsa. To dosłownie czysty, pierwotny zew. Uważam, że seans to dobrze spędzone dwie godziny. Warto.