ONA:
Jedna z pozycji, do których wracam niebywale często, kiedy potrzebuję skondensowanej ilości dobrego humoru, happy endu i sympatycznych chwil.
Harry – bogaty biznesmen, kobieciarz, który mimo 63 lat nie podrywa niczego, co ma więcej niż trzydziestkę. Żyje jak młodzieniec, baluje, drinkuje, totalny hedonista. Plus wieczny kawaler, który nie chce za nic się ustatkować.
Erika – rozwódka. Ma piękny dom, piękną córkę i piękną karierę. Jest dramaturgiem, jednym z lepszych, ale mimo to jest samotna. Może to przez golfy, w których non stop chodzi, może boi się kolejnej straty, może po prostu tak jest jej wygodniej. Jej samotne noce płodzą bowiem świetne sztuki. Coś za coś.
Marin – córka Eriki. Potencjalna kochanka Harry’ego, ale koniec końców nie udaje się im wskoczyć razem do wyra. Małżeństwo jej rodziców się rozpadło, a ona obwinia ich za to, że teraz nie potrafi się ustatkować. Ma oczywiście terapeutę, ale najbardziej i tak polega na mamie.
Julian – młody, przystojny, samotny lekarz. Do zjedzenia. Jak nutella albo krem toffi. Zauroczony sztukami Eriki, a z czasem i samą autorką.
I teraz jak wymiksować tych bohaterów? Bardzo prosto. Harry chce się dobrać do Marin. Wiadomo. Ona zaprasza go do domu swojej mamy, której ma nie być w tym czasie, więc nikt nie pokrzyżuje ich romantycznych planów. Więc Harry już prawie witał się z gąską, a tu się okazuje, że mamuśka w domu jest! Do tego ze swoją siostrą, feminazistką! Atmosfera się zagęszcza. Bo jak to jest, że on, mając 63 lata, wręcz zjada same młode jałówki, a Erika, mając 50ke, tkwi noc w noc sama? Atmosfera zagęszcza się jeszcze bardziej! Koniec końców, Harry dostaje zawału. Z łap kostuchy wyciąga go nasza droga pani dramaturg, robiąc lowelasowi usta-usta. Trafiają do szpitala, gdzie pojawia się boski Julian. Doktorkowi z miejsca miękną nogi, gdy poznaje Erikę…
Koniec końców z głównych bohaterów robi się trójkąt: Harry – Erika – Julian.
Za co uwielbiam ten film?
- Jack Nicholson jako Harry – uroczy łajdak!
- Diane Keaton – Erika – totalna neurotyczka, potrafiąca beczeć na milion sposobów. Trochę widzę w niej siebie.
- piękne zdjęcia
- po obejrzeniu tego filmu chcę mieć dom w Hamptons
- plus na miłość nigdy nie jest za późno…
- …tak samo jak na naleśniki w środku nocy.
ON:
„Lepiej późno niż później” jest jak dobre wino, zasmakuje w nim każdy, kto choć troszkę wino lubi. To komedia zdarzeń, która opowiada o tym, że na prawdziwą miłość nigdy nie jest za późno, to także film czterech aktorów, którzy w tym filmie zagrali po prostu perfekcyjnie. Nicholson, Keaton, Reeves i Peet. To oni dzięki temu co wyprawiają na ekranie zrobili z tego filmu małe dzieło komicznej sztuki.
Harry Sanborn (Nicholson) – to taki podstarzały łajdaczek, który ma wszystko a przede wszystkim kasę, młode piękne kobiety i opinię żigolo. Potrafi być cyniczny, ale także miły i szarmancki. W chwili obecnej kręci z młodą Marin Barry (Peet), która to zabiera go na weekend do domku swojej mamy Eriki Barry (Keaton), aby tam skonsumować ich nowy związek. Na miejscu okazuje się, że domek, a właściwie posiadłość w Hampton, nie jest pusty, bo mama też zrobiła sobie w niej (w raz z ciotką) weekendowy odpoczynek. Od tej chwili zaczyna się, komedia wpadek, pomyłek i zauroczeń. Pierwsza noc z młodą kochanką kończy się dla Sanborna lekkim zawałem, dzięki czemu poznajemy czwartego uczestnika zabawy, młodego przystojnego lekarza Juliana (Reeves), który okazuje się być wielkim fanem sztuk pisanych przez panią Erike Barry. Z czasem okazuje się, że nie tylko fanem sztuk, ale i samej pisarki. Potem mamy lawinę sytuacji, które mimo iż coraz bardziej zakręcone doprowadzają do sympatycznego finału.
Naprawdę polecam. Nie zawiedziecie się, mimo iż jest to komedia romantyczna.
