ON:

W 1988 roku biegałem pod stołem, a może szlajałem się już po podwórku z innymi dzieciakami ulicy, żyjącymi pomiędzy starymi kamienicami w centrum Rzeszowa. Nie miałem wtedy prawa słyszeć o Trencie Reznorze i zespole Nine Inch Nails. Po pierwsze latałby mi to pewnie koło tyłka, poza tym w roku 1988 w naszym kraju nadal czuło się swąd poprzedniego ustroju, a wszelkie muzyczne i kinowe nowinki przychodziły od nas z lekkim opóźnieniem. Mówiąc lekkim mam na myśli nawet kilka dobrych lat. Minęły czasy mojego dzieciństwa, był rok ’94-ty i na rynku pojawiła się sygnowana jako „Halo 8” płyta „The Downward Spiral”. Wydanie to wpadło przypadkiem w moje ręce i przeleżało na półce jakieś 8 miesięcy. Tak zaczęła się moja przygoda z NIN.

Te osiem miesięcy leżakowania spowodowane były moją ignorancją i lekkim zadufaniem w sobie. Uważałem bowiem, że pożarłem wszelką muzyczną pokorę, a także rozumy. Czego to ja o muzyce nie wiem, mam przecież 14 lat. Dnia pewnego przyszedł do mnie sam książę rocka, strzelił mnie w pysk i nauczył pokory. Odpaliłem wtedy po raz pierwszy „The Downward Spiral” i okazało się, że mam do czynienia z industrialowym pełnym sampli i dźwięków łomotem, który już dawno temu stał się kultowy. Dokładnie w ’89 tym roku, kiedy w Polsce nadal zjadaliśmy okruchy komunizmu i stanu wojennego. Minęło dopiero sześć lat od tych przepełnionych grozą chwil. Przed nami była rewolucja i wolny rynek, nie mówiąc o powszechnym dostępie do kultury, w tym muzyki.

Od tamtego pierwszego, dziewiczego odsłuchu wiele się zmieniło w moim muzycznym świecie. NIN wylądowało na pierwszych miejscach wśród moich ulubieńców. Zbieranie kolejnych, niedostępnych „Halo” stało się obsesją, a otwieranie zafoliowanych singli porównywalne było z rozdziewiczeniem. Szaleństwo trwało wiele lat, a jego apogeum był koncert w Poznaniu. Zobaczyłem Trenta na żywo, tylko tyle trzeba było do pełni szczęścia.

Po poznańskim przedstawieniu było pewne, że Nine Inch Nails nie będzie więcej nagrywać, Reznor stwierdził, że musi odpocząć od tego projektu. Nastały „mroczne dni”. Każda wiadomość, każdy przeciek, nowinka powodowała wrzenie w środowisku fanów, bowiem każdy z nas wierzył, że jeszcze przyjdzie nam odsłuchać nowe utwory naszego boga – Trenta. Mija 5 lat, a dobrą nowinę ogłasza archanioł w postaci nin.com. Nowy album w drodze, można składać preordey.

W moich rękach ląduje w końcu długo oczekiwane dzieło – „Hesitation Marks”. Muszę przyznać, że to ciężki do rozgryzienia krążek. Dla starego fana NIN jest to odskocznia od znanej dobrze z „The Downward Spiral” muzyki. Pomimo zachowania core, mamy do czynienia z czymś innym, z dziękami, które pokazują inną stronę Trenta Reznora. Krążek zaczyna się krótkim intrem, ale to „Copy of A” jest pierwszym, prawdziwym utworem na tej płycie. Komputerowy sampel, klawisze i wokal, który trudno pomylić z czymś innym. Jeśli jednak przebrniemy do 1:30 zaczynamy łapać o co chodzi w tym krążku. Kolejne utwory tylko umacniają to przekonanie. Trent pokochał jeszcze bardziej sample i elektronikę. „Hesitation Marks” jest pomieszaniem tego, co słyszeliśmy na „With teeth”, „Year Zero” i „The Slip”. Tylko, że to mieszanka bardzie poskładana, a przynajmniej tak jest w pierwszej części tego albumu. Druga niestety, jest trochę mniej spójna, ale nadal bardzo dobra. Do tego należy dodać, że aranżacje na płycie rożną się trochę od tych, które można usłyszeć podczas promujących trasę koncertów. Te grane na żywo są bardziej brudne, a zarazem melodyjne, dodatkowo zespołowi towarzyszą chórki, które dodają przedsięwzięciu gospelowskiej nuty. Wiem, brzmi to dziwnie, ale bardzo dobrze widać to na koncercie Austin City Limits.

Jak na każdej płycie NIN nie może zabraknąć wyrywającej z butów ballady i tak samo jest w tym przypadku. Tym razem jest to „Find My Way” – spokojne, melodyjne z przechodzącymi i nachodzącymi na siebie samplami. Muzyka i słowa dopełniają się wzajemnie, tworząc trwające ponad pięć minut arcydziełko.

O najnowszej płycie można pisać wiele dobrego, można napisać także kilka słów krytyki, tylko zastanawiam się czy jest sens. Trent jest na poziomie, który pozwala mu tworzyć rzeczy, które nie muszą się podobać każdemu. Po przejściach jakie miał z wytwórniami może mieć wyjebane na cały świat. Czy tak jest ciężko powiedzieć. Ważne, że nadal tworzy, koncertuje i nauczył ogromną rzeszę ludzi, że industrial nie musi być głupim napierdalaniem w rury ciężkim młotem.