ONA:
Nic na to nie poradzę, że lubię filmy Adama Sandlera. Historie które on tworzy, produkuje i w których gra bawią mnie wybitnie, rozśmieszają do łez i totalnie trafiają w mój spaczony humor. Mam kilka jego ulubionych produkcji, w której musi pojawić się też dzieło, o którym dziś napiszemy. Nigdy w życiu nie zapomnę tego seansu. Wyszłam upłakana ze śmiechu, z totalnym bezdechem, zakwasami jak po A6W i mega bananem na twarzy. Do dziś przygody fryzjera Zohana są dla mnie synonimem totalnie dobrej, chamskiej i kpiącej komedii, która nie znudzi mi się chyba nigdy. Wspomniany Zohan (A. Sandler) to najlepszy izraelski antyterrorysta. Silny, sprytny, niezniszczalny. Wszystko co robi – robi najlepiej. Nawet jeśli to hodowla włosów łonowych. Kobity uginają się pod jego urokiem osobistym, a wrogowie drżą. Jest idolem, jest bogiem, jest gwiazdą, ale to wszystko wcale nie sprawia, że jest szczęśliwy. Drażni go ta nieustająca wojna, ciągłe ryzyko, ciągłe walki. On marzy o czymś zupełnie innym – chce być fryzjerem, chce ciąć i stylizować włosy, by było jedwabiście gładkie. Pewne wydarzenia związane z jego odwiecznym wrogiem Phantomem (John Turturro) sprawiają, że Zohan sfingował własną śmierć i poleciał do Stanów. Tam jako Scrapy Coco chce w końcu realizować swoje pragnienia i zacząć wszystko od nowa. Ale wcale nie jest tak prosto, szczególnie, gdy „doświadczenie” w zawodzie obejmuje tylko swoją fryzurę i fryzury dwóch psów. W salonie Paula Mitchela go wyśmiewają, a duma Izraelczyka została zraniona. Przy pomocy swoich „rodzimych” kolegów udaje się mu jednak znaleźć „fuchę” w zakładzie fryzjerskim pewnej uroczej… PALESTYNKI Dalii (Emmanuelle Chriqui)! Ale Zohanowi różnice światopoglądowe i kulturowe nie przeszkadzają, bo właściwie izraelsko-palestyńska dzielnica w NYC, gdzie się zaczepił i tak tworzy jedną wspólnotę… W salonie Dalii zaczynał „od niczego”, aż w końcu szefowa pozwoliła mu obciąć włosy jednej z klientek. Zohan wyczarował jej kwintesencję lat 90-tych na głowie, czyli tapir, pazurki i dużo lakieru, a potem wytrzepał jej starą sakwę. To był jego pomysł na biznes. Nie potrzeba było długiego czasu, by wszystkie babcie i babcinki z NYC pragnęły ciąć się właśnie u niego. Niestety, mimo „przykrywki” i nowego życiorysu nasz fryzjer zostaje rozpoznany przez „wroga” – Salima (Rob Schneider). Ten w odwecie za dawne sytuacje związane z kozą (don’t ask), postanawia się zemścić. A tak naprawdę przeciwko wszystkim występuje zupełnie ktoś inny…
Od czego mam zacząć? Od rewelacyjnego Sandlera, który „zatrzymał” swoją postać na przełomie lat 80 i 90-tych i z genialnym akcentem „zrobił” cały film? Zohan jest postacią tak przekoloryzowaną, tak prześmiewczą, że aż miło się go ogląda. Scenarzyści ulokowali w nim wszelkie możliwe stereotypy i wyszło to genialnie. Na ekranie głównemu bohaterowie towarzyszy wiele osób: jurna mamuśka, jej ciotkowaty synalek, całe społeczności palestyńskie i izraelskie, mamy też typowych redneck’ów, którymi dowodzi Dave Matthews i złego biznesmena, który pragnie wszystkich wyruchać. Humor, który został zawarty w „Nie zadzieraj z fryzjerem” to z jednej strony bardzo inteligentny dowcip, a z drugiej tak cholernie prześmiewcza kpina, że się zastanawiam jakim cudem Sandler jeszcze żyje. Fabuła – bardzo prosta, ale urocza. To dzieło o „amerykańskim śnie” i o tym, że warto mieć marzenia, a nie ograniczać siebie. Ale to nie jest film dla każdego widza. Jeśli ktoś ma problem z chamstwem, a napierdzielanie się z wszystkich jak leci mu przeszkadza i godzi w jego moralne uczucia, powinien wybrać inne dzieło. Produkcje Sandlera są odważne, zaskakują i opierają się zawsze na tym samym sznycie: bawimy się, śmiejemy i obnażamy boleśnie wszystko to, czego „społecznie nie wypada dotykać”.
Cóż, ja mam tylko nadzieję, że wena Sandlerowi nigdy nie minie i że jego „odwaga” w tworzeniu takich dzieł będzie płodna jak czarnoziem. Do mnie to dociera, mi się to podoba, a jego nazwisko gwarantuje mega ubaw.
ON:
Kretyńskie komedie z Sandlerem nie dzielą się na lepsze i gorsze, dla mnie te filmy są po prostu fenomenalne, są śmieszne. Czasem tego śmiechu jest mniej, a czasem po prostu płaczę i dostaję zadyszki. Ostatnio miałem okazję po raz pierwszy obejrzeć „You Don’t Mess with the Zohan” i stwierdzam, że jest to film idealny.
Za co kocham tego rodzaju humor? Za to, że nie ma on granic – to poziom „Nagiej Broni”, „Hot Shots!” i innych obrazoburczych filmów lat 80-tych i 90-tych. Tutaj nikt się nie ogranicza, a humor wyniesiony jest na granice, które są nie do przyjęcia dla normalnego zjadacza chleba. Obstawiam, że połowa oglądających przygody Zohana będzie zniesmaczona, a film określi jako nędzny i prymitywny. Dla mnie słowami kluczami ostatnich dni jest „cipucha”, „cipuchen” i „muchentuchen”. A to tylko część tego, co usłyszymy i zobaczymy w filmie Sandlerem.
„You Don’t Mess with the Zohan” jest opowieścią o nienawiści między narodami i o spełnianiu swoich marzeń. Gdy po raz kolejny Zohan musi stawić czoło wrogowi kraju, postanawia upozorować swoją śmierć i uciec do USA, gdzie spełni się jego amerykański sen. Facet chce być fryzjerem, pragnie aby wszystkie włosy były puszyste i mięciutkie. Problem jest jednak inny, nikt bowiem nie chce przyjąć do siebie osoby bez doświadczenia w zawodzie. Po długich staraniach udaje mu się zatrudnić w salonie pięknej i młodej pani fryzjer, ale nie może on na razie obcinać włosów, ma tylko się przyglądać i sprzątać. W międzyczasie poznaje Michaela, któremu ratuje tyłek , a później obrabia tyłek jego matki. Zapomniałem dodać, że nasz izraelski bohater jest jebaką niemiłosiernym i nie ma znaczenia jak stara jest szpara. Ważne, aby na drzewo nie uciekało i nie było minerałem. Życie Zohana pewnie ułożyłoby się spokojnie gdyby nie to, że jego starzy wrogowie odkrywają jego przykrywkę i zaczynają polowanie na jego osobę. Dodatkowo pojawi się także zły właściciel okolicznych budynków, który chce wykurzyć z ulicy brudną hołotę.
Poziom absurdu scenariusza, skeczy, poszczególnych gagów jest wprost nie do uwierzenia. Gdy zobaczyłem jak kolesie grają w „zośkę” kotem, to po prostu padłem. Może jestem prymitywem, może bawią mnie pierdy, rzucanie się kupą, walenie się po ryjach, nabijanie z mniejszości i kobiet, może nie jestem poprawny politycznie, ale takie komedie są najlepsze, bo po całym dniu mogę wpaść w taki chichot, że zapominam o problemach ostatnich godzin. Dla wielbicieli takiego kina, to pozycja obowiązkowa.
