ON:

Leningrad, zima 1942 roku – okupowany przez Hitlerowców, wyniszczony i splądrowany przez Rosjan. W opustoszałym mieście nadal mieszka około miliona mieszkańców. Ludzi, którzy zabijają deskami drzwi i okna, otulają się szczelnie starymi kocami i grzeją przy czym tylko się da. O głodówce się oficjalnie nie mówi, a tym bardziej nie pisze, propaganda pilnuje, aby kłamstwo ładnie naginało prawdę. Nadszedł czas, gdy człowiek nie boi się hitlerowca, nie boi agenta GRU (Główny Zarząd Wywiadowczy) lub NKWD (Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych), a obawia się sekty „Doskonałych”.

„Demony Leningradu” Adama Przechrzty opowiadają o tym co w zimie 1942 roku wydarzyło się w zrujnowanym mieście. Ta składająca się z trzech części trylogia, pozwala nam poznać postać Majora Aleksandra Razumowskiego z GRU. Niektórzy pamiętają tego mężczyznę z wydanych w 2010 roku „Białych nocy”. Wtedy jego historia była swoistym kołem napędowym zupełnie innej opowieści, bardziej współczesnej, ale dzięki temu mogliśmy zobaczyć jakim był on człowiekiem. Przechrzta postawił na pierwszoosobową narrację, dzięki czemu możemy śledzić myśli Razumowskiego. Wiemy dlaczego podejmuje, takie a nie inne decyzje. Widzimy że marksistowska ideologia, walka za ojczyznę i oddanie ideałom Lenina i Stalina, są piękną maską, która idealnie pasuje do agenta GRU. Gdy jednak zdejmie on ją ze swojej zmęczonej wojną twarzy, zobaczymy człowieka, ludzkiego przełożonego, wiernego przyjaciela i oddanego podwładnego. Faceta z krwi i kości, który gdy trzeba potrafi kąsać, a gdy trzeba potrafi dobrze ruchać. Jeśli ktoś stanie na jego drodze, to będzie miał ciężki orzech do zgryzienia.

Nie jest tak, że Razumowski jest niezniszczalnym supermenem, o nie. Wielokrotnie ocierał się o śmierć, czasami milimetry dzieliły go od przejścia na drugi świat, ale widać, że czuwa nad nim jakaś siła, która nie pozwala za wcześnie opuścić mu tego padołu łez. Co agent robi w Leningradzie? Z dokumentem podpisanym przez samego Wielkiego Brata, przepustką praktycznie do każdych drzwi, stara się rozwiązać zagadkę, nękającą rozdarte przez wojnę miasto. Bowiem pomiędzy ulicami przemieszcza się śmierć. Nie jest to kostucha, która zabiera rannych żołnierzy, niedożywione dzieciaki i zaduszone dziwki – to śmierć, którą przynoszą kultyści, sekciarze wierzący w to, że zjedzenie ludzkiego serca czyni ich nieśmiertelnymi. Razumowski postanawia rozwiązać tę zagadkę, a jego niepowodzenie może zakończyć się dla niego w tylko jeden sposób – rozstrzelaniem. Całe szczęście ma on pod ręką swoich podwładnych, weteranów, którzy sami wiedzą co trzeba robić.

Przechrzta wplótł w swoją powieść autentyczne postaci historyczne. Często mają one wpływ na wybory i dalsze losy oddziału samego Razumowskiego. Pomieszanie fantastyki z elementami prawdy historycznej (szczególnie w charakterystyce postaci) daje naprawdę wyjątkowy efekt. Jeśli ktoś choć odgrobię interesuje się tamtym okresem, to bez problemu odnajdzie się w przedstawionych faktach i wielokrotnie uśmiechnie się pod nosem.

„Demony Leningradu” to kawał porządnego czytadła. Dwieście z czterystu stron łyknąłem jadąc w pociągu i dzięki temu zapomniałem o niewygodzie, a moje problemy wydały się blache, jeśli porównam je z tymi, jakie miała ludność Leningradu z kart powieści Adama Przechrzty.