ONA:

Nicolas Cage to dla mnie aktor „z przerostem”. Nie jest zły, ma genialny warsztat, dość sporą plastykę ciała i mimiki, i czasami nawet udaje się mu nie być smutnym spanielem. Tylko on chyba za bardzo się stara. Ale tym razem mu wyszło. Jako Colin Price w „The Runner” był naprawdę dobry. 

Wszyscy pewnie jeszcze pamiętacie katastrofę ekologiczną, która miała miejsce w 2010 roku, kiedy to ogromna plama ropy zalała sporą część Zatoki Meksykańskiej i dotarła do sąsiadujących z nią południowych stanów. Historia, opowiedziana w tym filmie skupia się przede wszystkim na Luizjanie. Tamtejszy polityk, Colin Price, z ogromnym zaangażowaniem wziął się za próby pomocy mieszkańcom. W swoim emocjonalnym przemówieniu ze łzami w oczach opowiadał o tym, jak ta tragedia wpłynęła na jego wyborców. Znawcy polityki widzieli w tym szczere objawienie. Ze zwykłego szaraka trafi być może na sam szczyt drabiny? Przecież takiego sukcesu nie należy zaprzepaścić! Pieprzyć ludzi, trzeba zająć się swoim tyłkiem! Przeżyli Katrinę, przeżyją i wyciek ropy. Ale Price tak nie chce. Chciałby tą chwilową zwyżkę popularności zainwestować w swoich wyborców, by pomóc im przeżyć kolejną katastrofę. I wtedy jak grom z nieba, w mediach pojawiła się wiadomość: ten dobry polityk, kochający mąż, człowiek tak gorliwie walczący o dobro, ma kochankę. Robi to z niego wiarygodnego człowieka?

„The Runner” to całkiem intrygujący dramat polityczny, w którym jest całkiem fajna historia, plus uchylonych zostaje kilka tajemnic, związanych z władzą. To też film, który w interesujący sposób pokazuje moralność, bo jak się okazuje, większość z nas ma ją podwójną i biegunowo różną. Mnie ta produkcja zaskoczyła, zaskoczył też sam Cage. Nie spodziewałam się tego po nim. Nie spodziewałam, że będzie w stanie pokonać tę swoją manierę. Tu też jest smutnym spanielem, ale chyba dobrze „wchodziło” mu się w tę rolę.

To „typowy” film polityczny, który bardzo mocno – ale po raz kolejny – obnaża kuluary. Nie wszystko jest tak cudowne, jak można się spodziewać i co widnieje na plakatach i w hasłach wyborczych. To szalenie brudny temat, w którym tak naprawdę cierpi ten zwykły Jan Kowalski.

ON:

Są tacy, którzy uważają, że Nicolas Cage ma za sobą szczyt filmowej kariery. Jest w tym trochę prawdy. Lata 90-te ubiegłego wieku minęły, ale warto pamiętać, że to aktor oscarowy, który zagrał w fenomenalnym „Zostawić Las Vegas”. Coś w jego karierze się porobiło. Podobno miał problemy z kasą i brał wszystko jak leci, a teraz smród ciągnie się za nim niesamowity. Wiele osób skreśliło go ze swojej listy ulubionych aktorów. Przyznam się, że ja też nie ekscytuję się już tak bardzo filmami, w których pojawia się „pan Klatka”.

„The Runner” to jeden z najnowszych dzieł, w których Cage stara się odkupić swoje „filmowe” winy. Nie jest to produkcja wyjątkowa, ale wydaje mi się, że nie zasługuje na tak niskie oceny, jakie pojawiły się w Sieci. Czuć tutaj niskobudżetową produkcję, która jednak potrafi zaciekawić i co najlepsze – wciąga na tyle, aby trzymać kciuki za głównego bohatera.

W 2010 roku BP miało na swoim koncie jedną z największych katastrof ekologicznych w historii. Miliony galonów oleju zanieczyściło wody oraz tereny w pobliżu Luizjany. Zdarzenie to miało ogromny wpływ nie tylko na ekosystem, ale także na lokalna gospodarkę. Po tyłku dostali mali poławiacze, dla których ocean był jedynym źródłem dochodu. W całym tym nieszczęściu pojawia się ambitny polityk Colin Price (Nicolas Cage). Wydaje się być facetem z zasadami, który postanawia rozpocząć własną krucjatę przeciwko naftowym korporacjom. Dla niego Luizjana to wyzwanie. Okręg ten składa się z ogromnej ilości czarnoskórych wyborców, to dystrykt, w którym biały mężczyzna w średnim wieku musi postawić się na ich miejscu. Problem pojawia się gdzieś indziej. Jego postawa bardzo nie podoba się lobbującym korporacjom. Trzeba szybko znaleźć na niego haka. Okazuje się, że Colin Price nie jest taki święty, jak się wydaje. Jego główną wadą jest to, że ma kochankę. Gdy wychodzi to na jaw – prasa nie zostawia na nim suchej nitki. Wszystko, co do tej pory zbudował, legło w gruzach.

Nie ukrywam, że jestem zaskoczony tym filmem. Cage dał radę i chociaż nie jest to rola wyjątkowa, to mamy do czynienia z odskocznią od tego, do czego przyzwyczaił nas ten aktor. Spokojnie można poświęcić na ten film trochę wolnego czasu.