ONA:

Juliusz Machulski to element kultury, równie istotny co malarstwo Matejki, wiersze Szymborskiej, czy rzeźby Hasiora. Wydawać by się mogło, że wśród rodzimych twórców filmowych nie powinien się ten reżyser znaleźć, bo przecież mamy Holland, mamy Polańskiego, mamy Rybczyńskiego, a jednak wiele osób chcąc pochwalić się dorobkiem filmowym, podaje tytuły jego filmów. „Seksmisja” to chyba pierwszy futurystyczny polski film, który od 3 dekad cieszy się taką popularnością. Z „Kingsajzem” jest podobnie. Machulski stał się mistrzem komedii, ciętego dowcipu i podnoszenia odważnych tematów w sposób lekki, banalny wręcz. Kiedy do kin w 1997 roku wszedł „Kiler”, wszyscy byli zachwyceni – mistrz humoru powrócił. Potem była druga część przygód taksówkarza Jurka, którego omyłkowo potraktowano jako najlepszego mordercę na zlecenie. Wydawać by się mogło, że nic nie zrzuci Machulskiego z piedestału. „Pieniądze to nie wszystko” były co prawda słabsze, ale nadal trzymały poziom. Tylko potem już było z górki… „Superprodukcja” miała wyśmiać kinematografię przy użyciu Rewińskiego, a wyszło nędznie. „Vinci” nie ruszył mnie zupełnie, a te trzy ostatnie filmy – to jakaś totalna załamka… Nie jestem w stanie uwierzyć, że ktoś, kto stworzył Maksa Paradysa i Jurka Kilera, stworzył też „Ambassadę”.

Koleś, który na początku filmu zarobił kulkę, dosłownie wypadł z butków. Błyszczący mokasyn znalazł się obok zwłok, zaraz potem pojawiła się policja, gapie i telewizja. Kolejny trup. Dziennikarka Ewa Szańska (Małgorzata Kożuchowska) wierci w brzuchu komisarzowi Rybie (Jerzy Stuhr), a ten uparcie twierdzi, że nie ma kilera, bo kilera wymyśliły wyłącznie media! Obok tej całej zawieruchy, w zupełnie przeciętnej taksówce, jakich są setki, siedzi dwóch mężczyzn – podpity koleś i kierowca – Jurek (Cezary Pazura). Dzień później lepiej poznajemy taksówkarza, bowiem nagle, o świcie, do jego mieszkania wpadają odziały specjalne i zgarniają go. A potem zaczyna się jakiś kosmos. Wystarczyło anonimowe doniesienie, podrzucenie giwery do bagażnika i policja już zacierała łapki. Jurek „Kiler” ląduje w więzieniu. Wszyscy zachodzą w głowę – jak to jest możliwe, żeby najlepszy morderca na zlecenie tak dał dupy? No ale przecież nie samym więzieniem i rozmyślaniem człowiek żyje. Dzięki „przyjacielowi” – gangsterze Siarze (Janusz Rewiński – swoją drogą, w roli życia) Jurek odzyskuje wolność. Ale czym byłaby ta przyjaźń bez możliwości odwdzięczenia się za odbicie z ciupy… Szczególnie, gdy w grę wchodzą gargantuiczne sumy i nie mam tu na myśli ryb.

W „Kilerze” najbardziej ujęły mnie trzy elementy: Ryba, Siara i muzyka. Panowie nie są bohaterami głównymi, ale nadają charakteru całej produkcji, a muzyka – w wykonaniu Elektrycznych Gitar, świetnie odnajduje się w tle i jakby tak skupić się na warstwie tekstowej, to mamy kolejny humorystyczny element tej układanki. Pazura jeszcze wtedy nie był zmanierowanym aktorem, a na planie wygląda i zachowuje się normalnie, zupełnie naturalnie – tak wyobrażam sobie taksówkarza Jurka, któremu ktoś doczepił łatkę. Podobnie jest zresztą z Kożuchowską. Jak sobie teraz pomyślę, że z niej kiedyś taka fajna aktorka była, to aż mi żal, że skończyła w kartonach. Świetną rolę ma tu również Krzysztof Kiersznowski, chociaż w drugiej części odpala zdrowo. Nie zapominajmy również o Katarzynie Figurze w roli apetycznej famme fatale z Raszyna. Wszyscy aktorzy wpasowali się rewelacyjnie w swoje kreacje – ten film jest często wisienką na ich filmowych resume, chociaż to błaha komedia.

ON:

Dzień trzeci z polskimi komediami. Dziś film, którego nie trawię, który wydaje mi się głupi, płytki i co najważniejsze – zupełnie nieśmieszny. „Kiler”.

W chwili, gdy Paulina zalewa się ze śmiechu, ja zastanawiam się co w tym dziele jest tak głupiego i nudnego, że nie potrafię się nim nacieszyć. Obstawiam, że kilka rzeczy, ale zacznijmy od początku.

Scenariusz – napisany chyba na kolanie podczas spotkania w knajpie. Głupota goni głupotę i to nie dlatego, że skecze są kretyńskie. W „Chłopaki nie płaczą” także mieliśmy do czynienia z abstrakcyjnym humorem, ale jest różnica pomiędzy abstrakcją, a głupotą. Dla mnie scenariusz napisany przez Piotra Wereśniaka, to popłuczyny. Może to, co pisał wcześniej i później, nadawało się do „Złotopolskich”, ale do mnie zupełnie to nie przemawia. Dlaczego? Policja szuka płatnego zabójcy o pseudonimie „Kiler” i zgarniają taksówkarza, który ma na nazwisko Kiler. Wszystko dlatego, że w jego taksówce ktoś podłożył broń, a on był na miejscu morderstwa. Aby przetrwać osadzenie w więzieniu i dowieść swojej niewinności, będzie musiał wcielić się w prawdziwego Kilera.

Postacie – Jezusie miłosierny i Maryjko przenajświętsza. Co jedna kreacja, to bardziej irytująca. Cezary Pazura nigdy do mnie nie przemawiał. Zdzierżę go, ale na kolana mnie nie rzucił, może kilkoma swoimi stand-upami, poza tym nic. Rewiński zwany tutaj „Siarą”, to satyra na gangstera. Dres, wieka chałupa, przydupas i piękna żonka, która śpi z wszystkimi poza nim. Ta, żonka to Kasia F., mająca za sobą lata swojej świetności, a granie słodzkiej milf-lodziary raczej mnie nie przekonuje w jej wydaniu. Atrybut – cycki? To chyba trochę za mało w jej wieku. Ryba, czyli Stuhr no niby daje radę, ale w całym natłoku tych wszystkich stworków i potworków gubi się i zniża do poziomu, który zaliczają inni – szkoda.

Muzyka – wiadomo, jak film polski, to polskie dźwięki. W rolach głównych Elektryczne Gitary i Kuba Sienkiewicz, czyli muzyczna Polska klasy B. Dla mnie to zaścianek rodzimych dźwięków. Ani się to nie nadaje na jarmark, ani na koncert rockowy. Zdecydowanie jestem na nie.

Mógłbym tak długo, ale po co? Dla mnie „Kiler” jest pomyłką, a nie komedią, a jego młodszy brat – „Kiler-ów 2-óch” to… No o tym przeczytacie jutro. Pierwszą część odkładam na półkę z filmami, do których nie będę wracał – bo po co?