ONA:
Stan mojej wiedzy na temat konfliktów na Bliskim Wschodzie w dalszym ciągu się nie zmienił. Dalej jestem ignorantką, bo ja jedynie wlewam benzynę do baku, nie interesując się za bardzo skąd ona pochodzi. Niemniej oglądam tego typu historie z zaciekawieniem, ciesząc się z tego, że mój umysł jest otwarty, jak również z tego, że jestem białą Europejką.
Tym razem historia dzieje się na amerykańskim osiedlu w Arabii Saudyjskiej. Film zaczyna się spokojnie, jakby na typowym przedmieściu: dorośli, dzieciaki, beztroska i zabawa. I nagle – przecież to Bliski Wschód – jak nie dupnie! Samochód z dwoma mężczyznami w środku mknie ulicami i gdzie tylko się nie pojawi słychać wystrzały, by po chwili na ziemię padały kolejne ofiary. Zatem – zamach. I kiedy już dźwięki cichną, a wśród mieszkańców pojawia się nadzieja, że koszmar się kończy, słychać potężny wybuch, poprzedzony wyznaniem wiary. Sprawą zajmuje się wydelegowany oddział FBI, pod dowództwem charyzmatycznego Fluery’ego (Jamie Foxx). To koleś od zadań specjalnych, który zawsze wychodzi zwycięsko z walki. Wspiera go jego zespół: Janet (Jennifer Garner), Adam (Jason Bateman), Grant (Chris Cooper) oraz pułkownik Faris Al Ghazi, który również jest bardzo zdeterminowany, by ując sprawców masakry, narażających i tak wątpliwy pokój i spokój.
„Królestwo” ogląda się dobrze, ale mimo to, że wszystko dzieje się z dala od amerykańskiej ziemi, mamy tu bardzo jankeski styl. Jest dużo pościgów, trup ścieli się gęsto, jest trochę tropienia, trochę walk, a całość połączona jest dynamizmem, który do tego wzmocniony jest specyficznym sposobem kręcenia i montażu. Uwagę widza gromadzi nie tylko strona techniczna, ale i fabuła, która naprawdę jest ciekawa, chociaż mniej więcej od połowy wiemy, że któryś z bohaterów odłoży łychę. To, co odróżnia tę produkcję od przeciętnej z gatunku to to, że jest „brudna”. Nie wiem czy mogę użyć innego wyrazu, odzwierciedlającego dokładnie to, co mam na myśli. Ot – „Królestwo” jest brudne. Bohaterowie są brudni, tereny są brudne. Burki, piach, nie masz za co wykarmić rodziny, ale pod szatą trzymasz wyrzutnię. Końcowa scena, kiedy po dwóch stronach barykady padają te same słowa „Zabijemy ich wszystkich” to dokładne meritum całej produkcji. Niezależnie po której stronie konfliktu się stoi, niezależnie jakim ideałom się hołduje, każdy wojownik ma w ręce pistolet, a w sercu ogromną wolę i chęć ku temu, by kulkę wpakować we wroga. Cóż…
Mocno mnie ta produkcja zaskoczyła. Na plus, oczywiście. Jeśli miałabym wymienić jedną, podstawową zaletę, to powiem, że moje zainteresowanie utrzymane zostało od pierwszej, do ostatniej minuty. A potem jeszcze trochę „przeżywałam”, ale tymi wynaturzeniami nie mogę się podzielić publicznie, bo KK art. 196.
ON:
„The Kingdom” rozpoczyna się wręcz komiksowo. Napisy początkowe są animowanym intrem, wprowadzeniem pokazującym w pigułce historię Arabii Saudyjskiej. Ta bardzo dynamiczna czołówka szybko pokazuje nam specyficzne zależności, jakie w ciągu lat powstały pomiędzy Ameryką i „Królestwem”. Wszystko związane jest z ogromnymi pokładami czarnego złota, które znajduje się pod powierzchnią tego dzikiego kraju. Są chwile gdy film przypomina nowe gry z serii „Medal of Honor”, mamy bowiem kilkuosobowy team, mający zadanie nie należące do najłatwiejszych – można powiedzieć wręcz niemożliwe do wykonania.
Czołówka w pewien sposób przygotowuje nas na to, co zobaczymy w ciągu kolejnych 100 minut. Jednak zapalnikiem całej historii będzie atak na zamknięte, amerykańskie osiedle w Arabii Saudyjskiej. Pomimo, że wszystko dzieje się w pustynnym klimacie, jankeskie rytuały nie zmieniają się. Partyjka meczu baseballowego, piwko na trawniczku przed domem i grill w ogródku. Tę sielankę przerywa atak dwóch terrorystów. Przebrani w wojskowe mundury praktycznie do samego końca nie wzbudzają podejrzeń , a panika rozpoczyna się wtedy, gdy zaczynają strzelać do bezbronnej ludności cywilnej. Akcja była przygotowana w perfekcyjny sposób. Wystarczyło strzałami odciągnąć uwagę od głównego zagrożenia, czyli zamachowca samobójcy. Wielkie BUM i mamy setki trupów oraz rannych, na miejsce przybywa ekipa ratunkowa, następuje ogromne zamieszanie. Teraz czas na punkt kulminacyjny ataku: drugi, o wiele większy wybuch, mający doprowadzić do śmierci dziesiątki osób, pracujących dla amerykańskich służ specjalnych.
FBI ma związane ręce, „góra” nie chce pozwolić na wysłanie odpowiedniej ekipy, która zajmie się śledztwem. Aby dopiąć swego, agenci musza posłużyć się podstępem. Zdobywają pozwolenie na lądowanie na wojskowym lotnisku w Arabii i zaczynają prywatne śledztwo. Ekipą dowodzi Ronald Flurey, facet z latami doświadczeń, który nie bez powodu został głową zespołu. Wraz z nim wyruszyli: Janet Mayes, jedyna kobieta w teamie, Adam Leavitt, czyli nie do końca doświadczony w terenie młody agent oraz Grant Sykes – spec od wybuchów. Ta czwórka ma 5 dni, aby odszukać i zabić kogoś, kto stał za zamachem. Nie było by to pewnie ogromnie trudne, gdyby nie opór, jaki napotykają ze strony autochtonów. Godziny uciekają jak szalone, a agenci stoją w miejscu. Gdy już wydaje się, że wszystko stracone – następuje przełom.
„Królestwo” jest bardzo amerykańskim kinem akcji, ale nie oznacza to, że nie zobaczymy dość obiektywnego obrazu, obejmującego szerszą perspektywę. Terroryzm jest z zły, ale Amerykanie także mają swoje za uszami. Najlepszym podsumowaniem dla tego dzieła są ostatnie sceny, które pokazują, że wojna dla wszystkich jest taka sama.
