Frida

ONA:

Jeśli miałabym wskazać kilka kobiet, których życie mnie inspiruje, które podziwiam i są dla mnie niewątpliwymi „wzorami” do naśladowania, z pewnością wśród nich byłaby Frida Khlao, meksykańska malarka, która dla przeciętnego Kowalskiego jest tą słynną babką z jedną brwią… A dla mnie jest synonimem walki o samą siebie.

W 2002 roku Julie Taymor wydała na świat biografię Fridy w wersji filmowej i moim zdaniem, jest to jedna z lepszych pozycji w tym gatunku, jaka kiedykolwiek powstała. Dlaczego? Bo jest autentyczna… Ale po kolei…

Frida urodziła się jako trzecia z czterech córek Guillermo Kahlo i jego żony Matilde. On zajmował się malarstwem i fotografią, ona rodziną… Mając 6 lat zachorowała na polio, co do końca życia odcisnęło piętno na jej wyglądzie (ale skutecznie maskowała owy „problem”). Mając naście lat jej myśli krążyły pomiędzy dwoma elementami: chłopcy (szczególnie jeden – gwiazda ze szkoły) i toczącą się rewolucją. A potem zdarzyła się tragedia, która na zawsze odmieniła jej życie. Frida uczestniczyła w poważnym wypadku – zderzeniu autobusu i tramwaju, który prawie pozbawił ją życia. Złamał się jej kręgosłup, obojczyk i żebra, pękła miednica, a pręt przebił jej podbrzusze i macicę (co na zawsze przekreśliło jej szanse na posiadanie dzieci). Spędziła trzy miesiące w gipsowym gorsecie, ale to dopiero był początek jej zdrowotnej gehenny. Wtedy Frida zaczęła malować… Leżąc w gipsie najczęściej malowała autoportrety, bo jak sama mawiała „Maluję siebie ponieważ najczęściej przebywam w odosobnieniu i znam dobrze obiekt, który uwieczniam”. Gdy tylko pozbyła się tego „wdzianka”, postanowiła ponownie zacząć chodzić, mimo, że lekarze początkowo zupełnie odrzucali taką możliwość. Jej rekonwalescencja przyniosła skutki, a malarski styl kształtował się. Już wtedy jej prace charakteryzował nieco prymitywistyczny sposób patrzenia, ale i ogromny wachlarz emocji, które wręcz się wylewały z każdego płótna. Jej malarska odwaga była coraz większa, dlatego pewnego dnia postanowiła pokazać swoje dzieła malarzowi, który w jej życiu narobił jeszcze większych spustoszeń, niż wypadek komunikacyjny… Mowa tu o twórcy przepięknych murali – Diego Rivera. Ten pan miał ogromny wpływ na twórczość Kahlo, był jej opiekunem, mentorem, przyjacielem, umacniał w niej potrzebę malowania i koniec końców – został jej mężem. Nie była to typowa para. Diego mimo słabej aparycji przepuszczał przez swoje ramiona (i łóżko) dziesiątki kobiet. Frida cierpiała, ale akceptowała to (ba, sama nie była lepsza!). Nie potrzebowała jego wierności, ale lojalności i świadomości, że tylko ją kocha. I wtedy Riviera dopadł jej siostrę… Para się rozstała, ale… To nie koniec tej historii miłosnej…

Wraz ze wzrostem popularności, malarka popadała w coraz większe problemy (nie tylko z mężem) zdrowotne. Przeszła dziesiątki operacji i z każdą było paradoksalnie coraz gorzej. W końcu została przygwożdżona do wózka… Ale to w żaden sposób nie powstrzymało ją przed dalszym tworzeniem…

iqsi-screenshot-4 iqsi-screenshot-3 iqsi-screenshot iqsi-screenshot-2

Jej obrazy są przepełnione bólem i naturalizmem. Są kalką jej przeżyć, jej rozterek, są zwierciadłem, w którym wiele kobiet odnajdzie siebie. Problemy ze zdrowiem, z mężem, z rodziną, kolejne poronienia, cierpienia… Symbolika miesza się z realizmem, na obrazach widać kulturę meksykańską, ale nie tylko. Żądza i pragnienie, czułość i delikatność zestawione ze złością. Kultura, sztuka, religia, tradycja i gdzieniegdzie surrealizm. To jest twórczość Fridy Kahlo.

iqsi-screenshot-1

Film „Frida” ze świetną Salmą Hayek w roli głównej, jest biografią dużego formatu. Podczas filmu przemieszczamy się z Kahlo przez poszczególne etapy jej życia, obserwując jak wpływały na nią. Hayek wygrywa tym, że po lekkiej „obróbce” charakteryzatorskiej wyglądała zupełnie jak jej pierwowzór. Zagrała świetnie: jej bohaterka jest pełnokrwistą kobietą, która mimo ogromnych problemów, ciągle biegła do przodu. Paradoksalnie – w końcu była kaleką. Niesamowicie zaimponowała mi tą rolą i szczerze powiedziawszy – tylko tą. Ale ten film to nie tylko Hayek. W swojej roli świetnie odnalazł się Alfred Molina (Rivera), Mia Maestro (Cristiona Kahlo) i Valeria Golino (Lupe – ex żona Rivery). Elektryzująco-uwodzącą rolę ma tu Ashley Judd (Tina), a Geoffrey Rush gra w tym filmie Lwa Trockiego, z którym Kahlo miała romans (kaleka i starzec… kombo solidne).  Ale poza rewelacyjną warstwą aktorską i równie megaśną merytoryczną – film Julie Taymor miażdży wykonaniem. Jest po prostu przepiękny. Ma cudowne kolory, rewelacyjne i przemyślane kadry. Ciemność miesza się ze światłem tworząc ciekawe efekty, które zachwycają. Do tego świetne kostiumy i scenografia, a całość dopełniona jest przez muzykę – rdzennie meksykańską, która porusza, doprowadza do łez, do dreszczy, mimo, że zupełnie nie wiem o czym dana osoba śpiewa. Mój seans każdorazowo kończy się wyciem, co też jest paradoksem, bo mnie ten film napawa ogromną siłą i ochotą na walkę z kolejnym dniem…

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Autor: Marudy

Podziel się postem
468 ad