Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

Non-Stop

ONA:

Uwielbiam filmy, które sprawiają, że jestem skołowana. Uwielbiam, no wprost przepadam za tym uczuciem oszołomienia, zdezorientowania. Uwielbiam, kiedy twórcy non stop bawią się ze mną, sprawiając, że nie wiem już nic, a wszystko, co sobie wymyśliłam, leży w gruzach. No właśnie. Dziś o takim filmie. Dziś – „Non stop”. Liam Neeson to aktor, który w „pewnych” rolach sprawdza się znakomicie. Od momentu, kiedy „uprowadzono” mu córkę, przez zabawy z wilkami, aż do szukania mordercy w samolocie – jego kreacje są autentyczne, bardzo brawurowe i  paradoksalnie bije z nich niesamowity spokój. Co prawda trudno doszukiwać się tu jakiś znaczących różnic, ale chrzanić to – Neeson to po prostu dobry aktor, który „na starość” przekopał swoją karierę filmową i stał się gwarantem tego, że dzieło, w którym występuje, będzie dynamiczne, porywające i skazane na sukces. Okej, może i gra w lepszych i gorszych filmach, ale to nic.

Taką „nieco” gorszą produkcją jest „Non Stop”, który jest takim nieco dziwadełkiem, pełnym luk i niezbyt logicznych układów, ale to zupełnie się nie liczy, bo gdy zaczniemy żyć tą historią, to porwie nas ona totalnie. Kluczem w tej produkcji jest stereotypowe myślenie, które z premedytacją zostało zastosowane przez twórców, by widza po drugiej stronie ekranu zmieść, gdy tylko będzie on próbował rozwiązać zagadkę zanim pojawią się napisy końcowe. Bill Marks (Liam Neeson) to szeryf powietrzny. Jakkolwiek durnie ta nazwa nie brzmi – koleś ma broń, ma odznakę, w chmurach spędza wieeeele godzin dbając o bezpieczeństwo pasażerów. Jego kolejny lot ma być zupełnie rutynowy – anonimowo nasz główny bohater zajmuje swoje miejsce i tyle. Oczywiście razem z nim na pokładzie jest cała masa innych osób: arabsko wyglądający mężczyzna, agresywny czarny, mała dziewczynka z pluszowym misiem, która pierwszy raz leci sama, do tego kilku buraków z przerostem ego, tajemnicza rudowłosa piękność, dziwna stewardessa – słowem: każdy, no ok – może poza tą małą – może mieć coś na sumieniu. Kiedy maszyna wbija się w niebo – Bill dostaje niepokojącego smsa. Początkowo myśli, że to żart, durny wygłup jednego z współpasażerów, ale z każdą kolejną wiadomością robi się coraz dziwniej. W końcu pojawiają się literki, które składają się na zdanie: „150 mln zielonych, albo…”. Chwilę później pada pierwszy trup. Marks wchodzi w niebezpieczną zabawę, w grę z terrorystą, który bawi się rewelacyjnie widząc, jak nasz główny bohater jest bezradny.

Pierwsze uczucie, które dopadło mnie po seansie to wstyd. Wstyd, za moje własne, uproszczone i do maksimum stereotypowe myślenie o tym kto mógł stać za całą sprawą. Potem, kiedy kolejne osoby z mojej listy znikały, miałam już tak cholernie skołowaną głowę, że nie wiedziałam już nic, a jedynym sensownym wytłumaczeniem było zrzucenie odpowiedzialności na szeryfa. Z jednej strony – jest bardzo zaskakująco. Z drugiej – finał jest szalenie przewidywalny, tylko dojście do tak prostego rozwiązania zajmuje trochę czasu. Niemniej to sensacja na bardzo wysokim poziomie. Fajnie było zobaczyć znowu Julianne Moore, którą bardzo lubię, fajnie, że po raz kolejny „użyto” samolotu, do miejsca prowadzenia całej fabuły.

Szkoda tylko, że po każdym seansie, który dzieje się w przestworzach, mam +10 do strachu przed lataniem. A NYC czeka!

ON:

Liam Neeson ma 61 lat. Nie wygląda na tyle. Najlepsze jest to, że w wieku, w którym większość naszych dziadeczków siedzi w ciepłych bamboszkach i czyta gazetkę, on po raz kolejny gra w całkiem niezłym kinie akcji, w którym bicie się po pyskach to chleb powszedni. Po naprawdę niezłej „Uprowadzonej” i bardzo dobrym „The Gray” – przyszedł czas „Non-Stop”.

Neeson idealnie sprawdza się w rolach zmęczonych życiem facetów, którzy mają na swoich barkach ciężkie brzemię. W „Non-Stop” jest byłym gliną – Billem Marksem, który po osobistych problemach wpadł w alkoholizm. Kolejne miesiące zaglądania w butelkę doprowadziły do tego, że mężczyzna stracił pracę i jakimś cudem udało mu się dostać do służb powietrznych. Mam na myśli stanowisko w FAMS. To federalna agencja, zajmująca się bezpieczeństwem pasażerów na trasach krajowych i międzynarodowych. To dość stresująca robota, a po 11 września Amerykanie wzięli sobie do serca spokój i zdrowie pasażerów.

Przepisy bezpieczeństwa wymagają od linii dwóch szeryfów powietrznych. Jednym jest Bill, a drugim jego kolega i partner. Panowie mogą się komunikować ze sobą tylko poprzez telefon komórkowy, a dokładniej poprzez SMS-y. Niedługo po starcie samolotu lecącego do Londynu, na telefonie Billa pojawia się wiadomość, która informuje go o tym, że jeśli nie wpłaci na konto 150 milionów dolarów, to co dwadzieścia minut na pokładzie samolotu zginie jedna osoba. Na początku szeryf myśli, że to głupi żart jego partnera, ale po rozmowie z nim dowiaduje się, iż tak nie jest. Protokół w takim przypadku jest prosty, nie narażać życia i zdrowia pasażerów, a agent sam musi podjąć decyzję czy zagrożenie jest realne, czy też nie. Problem zaczyna się w momencie, kiedy naprawdę po 20 minutach ginie pierwsza osoba, ale jeszcze większy gdy okazuje się, że konto, na które ma być przelana kasa, należy do Billa. Od teraz zostaje praktycznie sam, bowiem ani piloci, ani jego przełożeni nie chcą wierzyć w jego niewinność, a on sam mógłby mieć motyw do popełnienia takiej zbrodni.

„Non-Stop” to ponad 100 minut akcji, która trzyma w napięciu. Dość długo nie wiemy, kto tak naprawdę jest tym złym. W samolocie pełnym ludzi, każdy może być przestępcą, a zlokalizowanie tej osoby nie jest tak łatwe, jak się to może wydawać. Neeson daje sobie radę na planie filmowym lepiej niż niejeden młody aktor kina akcji, zaś jego charakterystyczny głos idealnie pasuje do granych przez niego twardzieli. Z czystym sumieniem mogę polecić osobom, które lubią takie kino.