Blackhat

ON:

Michael Mann to bardzo nierówny reżyser. Ma na swoim koncie perełki, np. „Heat” czy „Złodziej”, ale czasami pojawiają się stworzone przez niego potworki, które są nijakie i słabe. Gdy obejrzałem trailer do „Hakera” to wiedziałem, że będę chciał zobaczyć tę produkcję. Nie zdawałem sobie sprawy, że nastąpi to szybciej, niż się spodziewałem.

Jest 2015 roki, a Mann stworzył dzieło tak bardzo oldschoolowe, jak jest to tylko możliwe. Widać tutaj pewne zapożyczenia z poprzednich jego produkcji, a może po prostu to już jego styl? Przejawia się to przede wszystkim w scenach przedstawiających ujęcia miasta oraz ucieczki przez podziemne tunel. Każdy fan wyłapie te smaczki, które są tak charakterystyczne dla jego twórczości.

Ja lubię takie sensacyjne kino akcji, które jest rozlazłe, które skupia się na kolejnych bohaterach i opowiada ich odrębne historie. „Haker” ma problem z przyciągnięciem uwagi. Mann za bardzo rozdrabnia się i opuszcza ważne elementy. Brak tutaj tego rzemieślnika znanego z „Heat”. Dla mnie mimo wszystko film ten się broni. Robi to całkiem przyzwoitą i nieźle opowiedzianą historią. Młodszych widzów, którzy wolą niesamowitą akcję i efekty specjalne, film ten nie będzie zbyt atrakcyjny. Więcej tutaj dialogów, „łamania” zabezpieczeń i mniej lub bardziej płaskich postaci, niż pościgów i strzelanin, chociaż te też się pojawią. Główną wadą „Hakera” jest jego nierówność. Są tutaj sceny wyśmienite, jak końcowa dziejąca się podczas parady, czy też strzelanina podczas pościgu tunelami. Są też momenty, które zupełnie tutaj nie pasują i psują całość.

Moim zdaniem historia hakera, który zostaje wypuszczony z więzienia, by wspomóc amerykańskie i chińskie władze w walce ze światowym terrorystą, ma swoje mocne strony. Wszystko dlatego, że Mann wychodzi z założenia, że najlepszy haker to taki, który poza łamaniem kodów potrafi też złamać rękę lub kręgosłup. Dzięki temu jest tutaj coś więcej, niż namierzanie przestępcy po jego adresie IP.

„Haker” Michaela Manna to film, który poróżnił mnie i Paulinę. Dla mnie to dzieło wyjątkowo udane, Paulina zaś stwierdziła, że wiało od niego nudą. Jak jest naprawdę? Będziecie musieli zobaczyć sami.

ONA:

Michael Mann ma bardzo fajny sposób prowadzenia narracji. Trochę nas zwodzi, trochę uwodzi, trochę zaskakuje, a czasem nawet pozwala pogdybać i popróbować rozwiązać tajemnicę. Jego filmy są dynamiczne, chociaż czasami nieco się snują. Tak jakby próbował w sensacji dać też trochę innych wartości, takich chociażby jak emocje, a nie tylko rozpierduchę. Niestety, w jego najnowszym filmie – „Haker”, nieco te proporcje się zaburzyły, a do tego doszło mnóstwo bzdur.

Czasami mam wrażenie, że jeżeli jakiś twórca filmowy bierze się za „cyber” tematykę, to robi to strasznie po łepkach. Wystarczy mieć nieco większą wiedzę na temat Internetu i technologii, by podczas seansu nie przeżywać, a prychać sarkastycznie, na kolejne polecenia, które super haker/komputerowiec/programista wpisuje do swojej maszyny i jak to z poziomu przeciętnego laptopa albo nawet smartfona, łamie wszelkie możliwe zabezpieczenia. Podobało mi się to jedynie w „Die Hard 4.0”, kiedy to skrajnie analogowy McClane próbuje nadążyć za geekowatym gówniarzem.

Ale „Haker” ma nieco inną fabułę. On obnaża przede wszystkim to, że nie wszyscy cyber-terroryści to anarchiczni szczyle, którzy chcą się tylko sprawdzić, popisać, narobić trochę zamieszania. Nie. Tu, po drugiej stronie, stoją osoby, które chcą szybko i sprawnie, w przemyślany sposób, podjąć bardzo duże sumy. Bo przecież 70 baniek to całkiem niezła kasa… Chcąc ich przechytrzyć, z więzienia zostaje wypuszczony Nick Hathaway (Chris Hemsworth), który dostał 13 lat za podobne zabawy. Co się okazuje – na bazie jego kodu działają e-złodzieje. Musi więc przechytrzyć ich, a w tym pomaga mu kilka osób – mniej i bardziej życzliwych.

Chyba największy problem z tym filmem mam w zakresie „bzdurności” i „dziurawości”. Sama akcja też mnie jakoś wybitnie nie pochłonęła. Ba, miałam wrażenie, że to nieco bardziej podrasowany film z końca lat 90. ubiegłego wieku, kiedy to publiczność bez wiedzy drżała, w obawie przed Internetem. Trailer intrygował i był naprawdę mocny. Sam film – nużył. Ja nienawidzę takich produkcji, bo po nich odczuwam straszny żal, z powodu utraconego czasu. A przecież mogłam po raz kolejny obejrzeć wspomnianą wcześniej „Szklaną pułapkę”, która zawiera wszystkie elementy kina sensacyjnego, które uwielbiam i bardzo cenię.

„Haker” – przeciętny, nudnawy. Największą zaletą jest Hemsworth. Oczywiście dla tych, którzy lubią takich chłopców.

Autor: Marudy

Podziel się postem
468 ad
  • marekjot

    Najwiekszą zaleta to Wei Tang, oczywiscie dla tych ktorzy lubią takie dziewczeta… reszta filmu na duze nie… zawiodłem się.