ONA:

Są tacy, którzy twierdzą, że Keanu Reeves jest strasznie drętwym aktorem. Cóż, ja w tym „zdrętwieniu” widzę coś innego. Dla mnie jego bohaterowie są „inni”. W swoich filmach dotyka mnie w takie miejsca, że aż mi wstyd. Nie mam pojęcia dlaczego. Ja po prostu odczuwam ogromną przyjemność gdy mogę na niego patrzeć i wybaczam mu ten aktorski „autyzm”.

Natomiast co by nie mówić – w „Knock, knock” daje karmę sycącą wszystkich hejterów. Tu jest skrajnie beznadziejny.

Film ten opisywany jest jako „dramat” i „thriller” – jest faktycznie, szalenie dramatycznie, ale są cycki, więc uwagę chociaż na chwilę można skupić. Mamy idylliczną rodzinną sielankę. On – architekt, ona – artystka. Dwoje dzieci. Piękny dom. Miłość, która tryska każdymi możliwymi otworami. Miał być wspaniały weekend, ale niestety – on zostaje w domu, ślęcząc nad jakimś upiornym zleceniem. Żona i pociechy jadą na mini wakacje.

Już wiecie o co chodzi?

Spokojny i samotny wieczór przerywa dzwonek do drzwi. Dwie przemoczone do szpiku kości dziewczyny, proszą o pomoc. No, to teraz już na 100 procent wiecie o co chodzi. Oczywiście nasz główny bohater, który ma bardzo dobre serduszko, przygarnia i pomaga dziewczynom. Daje im ręczniki, suszy im ubrania, nawet dzwoni po taksówkę. Tylko nim ta taksa się pojawi, to on już wkłada w nie swojego penisa. Spokojnie! W obie po równo! Nikogo nie można faworyzować.

Okej, Evan ciut się bronił. Ale jak masz przed sobą dwie takie młodziutkie, śliczne i bardzo napalone gówniary, to cała krew spływa Ci do ptaka. Nie ma szans, żeby z tym wygrać. Nawet, jeśli ze ścian patrzą na Ciebie dzieci i żona.

Evan budzi się rano, z nadzieją, że dziewczyn już nie ma. A one są. Robią rozpierdol w jego kuchni, potem w reszcie domu, a na koniec w jego życiu. Jedna noc przepełniona wyuzdanym seksem w trójkącie – przejebane do końca życia. Cała sielanka najpewniej zaraz zdechnie. Niestety, dziewczyny okazują się być wyrachowanymi, cynicznymi i skrajnie jebniętymi osobnikami. Z rozkoszą niszczą każdy element udanego i poukładanego życia nowego kolegi, a na końcu – planują go zabić. Po prostu.

Ten film drażni. I boli. I wkurza. I ciągnie się jak flaki, mimo, że sporo się w nim dzieje. Ten film jest skrajnie zły. Reeves jest tu tragiczny. Jego „koleżanki” z planu – także, chociaż w nich jest nieco więcej autentyczności. Mamy tu trochę seksu, trochę cycków, są przekleństwa i lekkie hardkory, które powinny wpłynąć na klimat całego dzieła, ale… nie. To po prostu jest złe kino. Najgorsze jest jednak to, że ciągle łudzisz się, że może na sam koniec dostaniesz jakiegoś kopa po jajach. Nope, nie dostaniesz.

Nie warto zaprzątać sobie nim głowy i zabierać czasu.

ON:

-Puk! Puk!
-Kto tam?
-Chujowy film!

Takim oto miłym akcentem chcę rozpocząć dzisiejszą recenzję. Okazuje się, że nawet aktorzy z wysokiej półki potrafią zagrać, a nawet wyprodukować coś, co nie nadaje się do obejrzenia. Jednym z takich filmów jest „Knock, Knock” w reżyserii Eli Rotha, w którym boski Neo z Martixa gra główną rolę.

Evan Webber to przystojny, bogaty i zadbany facet. Mieszka sobie w dobrej dzielnicy wraz z żoną artystką i dwójką dzieciaków. Pomimo drobnych spięć żyje im się całkiem dobrze. Dnia pewnego ukochana Karen zabiera dzieciaki i jedzie z nimi do domu, gdzieś na plaży, a Evan zostaje w chacie bo musi popracować nad projektem. Wieczorem, gdy siedzi sam w domu chilluje z kieliszkiem wina i fają zielonego. Gdy już ma zaciągnąć się zielonym dymem słyszy pukanie do drzwi.

Przed domem stoją przemoczone do suchej nitki dwie piękne, młode dziewczęta. Proszą o pomoc, bowiem zabłądziły i chcą wrócić do centrum. Ponieważ zamokły im telefony – nie mają jak sprawdzić adresu ani zadzwonić. Dobroduszny Evan wpuszcza dwie zagubione owieczki do środka i postanawia im pomóc. Początkowe rozmowy przeradzają się we flirt, który kończy się ostrym ruchankiem. Pałka Evana zaliczyła dwa dołki, a on sam po zabawach usnął jak niemowlak. Niestety, dziewczyny o barwnych imionach Genesis oraz Bel pokazują swoją drugą stronę. Zaczyna się szantaż, głupie zachowania, niszczenie mieszkania itd. Oczywiście facet ma teraz wyrzuty sumienia i nie za bardzo wie, jak wybrnąć z sytuacji.

Boże, ale ten film jest zły. To dzieło denne na każdej możliwej płaszczyźnie, zaczynając na scenariuszu, a na grze aktorskiej kończąc. Każda kolejna minuta przybliżała nas do końca filmu i do samookaleczenia kawałkiem szkła, które przygotowałem, aby ulżyć sobie w cierpieniu. Całe szczęście udało mi się przeżyć.

Jedyny plus tego gniota to nagi biust Any de Armas. Jeśli ktoś ma na niego ochotę, to od razu niech przeskoczy do sceny pod prysznicem – mniej więcej 20 minuta filmu.