ONA:

Psychologowie, psychoanalitycy, psychiatrzy i cholera wie kto jeszcze – zgodnie twierdzą, że wiele czynników, które pojawiły się w naszym dzieciństwie, mocno wpływa na naszą dorosłość. No przyznam szczerze, że dla mnie ta teoria jest nieco naciągana i właściwie „trudnym dzieciństwem” można wymawiać się na wszelkie kłopoty po latach, na problemy adaptacyjne, niechęć do jedzenia danych posiłków, na te związane z często irracjonalnym strachem i na utrudnione relacje z innymi, chociaż pewnie wymieniać można jeszcze wiele przykładów. Dla mnie to pewna spychologia i obwinianie innych. Nie lubię mięsa? Pewnie mama go we mnie wciskała, jak byłam dzieckiem. Mam dużo ubrań? Pewnie dlatego, że w dzieciństwie miałam ich mniej. Kocham psy? Pewnie dlatego, że w dzieciństwie mnie jeden użarł. Och wait, to chyba nie tak. 

No dobra, kpię. Sama na studiach przerabiałam dziesiątki książek i artykułów mówiących o tym, że na dziecko w tych pierwszych latach życia chłonie wszystko jak gąbka. Przejmuje też zachowania starszych, a najmocniej tych, z którymi się socjalizuje. Potem po latach to wychodzi, gdy nagle okazuje się, że gdakamy jak własne matki, używając argumentów sprzed kilku dekad, które kiedyś wydawały się nam totalnie bezsensowne, a teraz nagle zaczynają mieć sens. Hipokryzja? No może trochę. Socjalizacja – to prędzej.

„Kompleks Portnoya” Philipa Rotha to książka, która rozprawia się poniekąd z tym wszystkim, na co „skazali” nas rodzice. Czyta się ją jednym haustem. Jest i słodka, i gorzka. I bawi, i przeraża. Alexander Portnoy urodził się w Jersey City, w rodzinie żydowskiej. Jest to mężczyzna szalenie inteligentny i przy okazji totalnie stłamszony. Bardzo mocno wpłynęła na to jego rodzina i środowisko, w którym się wychował. Chcąc wygrzebać się z tej „niewoli”, coraz bardziej wpadał w inną. Jaką? O tym za chwilę.

Zacznijmy od matki. Jej nadopiekuńczość biła wszelkie ograniczenia na głowę. Kobieta najwyraźniej zupełnie nie zauważała, że owoc jej lędźwi, jej pesteczka, którą powiła, dorasta, dojrzewa, zmienia się. Wisiała nad biednym Alexem, bacznie obserwując to, co on zjadał i wydalał. A skoro jesteśmy już przy wydalaniu, to kolejnym „determinantem” mentalnej niewoli bohatera, był jego ojciec – człowiek o nieustannym zatwardzeniu, który najbardziej na świecie skupiał się na własnych kiszkach i zamiast rozwijać i stymulować swoje dziecko, wprowadzając go w świat dorosłych, ten próbował odkleić i poluzować jedynie jelita. Dodajmy do tego jeszcze całą społeczność żydowską, ich własny system wartości, prawa, słowa, obyczaje. Im bardziej Portnoy próbował wyrwać się z tych realiów, tym głębiej zatapiał się w swojej seksualności, która dość szybko wyrwała się mu z łańcucha. Jego monolog, odbywający się na kozetce, to miks tragiczno-komiczny, bardzo neurotyczny, bardzo śmieszny. Miks wspomnień z dzieciństwa z ekscesami seksualnymi sprawił, że książka ta z miejsca stała się kultowa, a dziś wymienia się ją na listach najważniejszych anglojęzycznych dzieł.

Roth napisał powieść, która jest istną petardą. Nieposkromiona seksualność to jedno, ale retrospekcje z dawnych czasów – to dopiero coś! Niczym wyzwalająca się spod jarzma pruderyjności Ameryka, w osobie dojrzewającego Alexa, który jest symbolem tego, jakie zmiany potrafią zajść w jednostce. To również opowieść o tym, jak diametralnie inny potrafi być „bóg” na różnych etapach życia. Polecam!