Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

Philomena

ONA:

„Tajemnica Filomeny” to film, który nie zrobił na mnie zbyt dużego wrażenia. A to dziwne, bo plan był taki, że mnie przewlecze na drugą stronę… Philomena Lee (Judi Dench) jest starszą panią. Jeszcze nie najstarszą starowinką, ale już babcią. Żyje jak większość swoich rówieśniczek. Ale ta religijna Irlandka skrywa bolesną tajemnicę sprzed wielu, wielu lat. Gdy była bardzo młodą dziewczyną na chwilę zapomniała o całym bożym świecie. Skończyło się to tak, jak podejrzewacie. Filomena zaszła w ciążę. Rodzina, odczuwając ogromną hańbę, pozbywa się dziewczyny, odsyłając ją do klasztoru i raz na zawsze zapominając o niegodnej córce. Bohaterka rodzi dziecko – małego Anthony’ego i razem zaczynają żyć w koszmarnej rzeczywistości wśród bogobojnych zakonnic. Dziewczyna pracuje ciężko, z synem może widzieć się tylko raz na dzień, na godzinę. Ale stara się jak może. I wtedy w klasztorze pojawia się pewne małżeństwo zza Wielkiej Wody. Kim są? Ano to przyszli rodzice Anthony’ego, którzy właśnie go adoptowali. Bez wiedzy, bez zgody kobiety… Jej ból i cierpienie było niewyobrażalne. I trwało przez dziesiątki lat. W dniu, w którym syn Filomeny skończyłby 50 lat, ona postanowiła po raz pierwszy o tych tragicznych okolicznościach komuś opowiedzieć. I tak się los układa, że o całej historii dowiaduje się Martin Sixsmith (Steve Coogan), który jest dziennikarzem politycznym i który właśnie wyleciał z pracy. Ten duet postanawia ruszyć razem w podróż by odnaleźć Anthony’ego…

A teraz będą spoilery!

Martin dość umiejętnie łączy kropki. Mając do dyspozycji postęp technologiczny szybko odnajduje syna swojej nowej znajomej. Niestety, Anthony, a właściwie Michael już nie żyje. Strasznie mnie to zaskoczyło, bo ten news spływa na widza bardzo szybko. Co się zatem będzie działo w dalszej części filmu, skoro została go jeszcze połowa, a już cała tajemnica jest rozwiązana? Ano, coś tam się dzieje…

Brzmi dobrze, prawda? J. Dench jak zwykle gra na wysokim poziomie, S. Coogan zaskakuje, bowiem nie jest tępym brytolem w durnej komedii – tu jest bardzo zaangażowany, żeby nie powiedzieć, że dramatyczny. Sama historia sama w sobie nie jest zła. Wzrusza i porusza, budzi emocje, a po seansie jeśli ktoś przeżywa kryzys wiary – będzie miał pewną apostazję. Ale niestety – jest nudno. Ta historia toczy się bardzo spokojnie, wręcz smętnie. Mi kilka razy głowa uciekła, a jak wiadomo – to nie służy kręgom szyjnym. Ten biograficzny film jest i ważny, i poruszający, i świetnie zrealizowany oraz zagrany. Tylko kurde – no mnie nie porwał. Uwielbiam ten gatunek, poruszam się po nim wybitnie dobrze i mało kiedy dochodzę do wniosku, że film jest po prostu smętny. Niestety, „Tajemnica Filomeny” jest jak miękki erotyk po serii hardkorowego porno. Nudzi.

ON:

Dziś będzie szybko i bezpośrednio. Coś jak kop w jaja w ciemnej ulicy od dresa na sterydach. Podobnie się poczułem po seansie „Tajemnicy Filomeny”. Ktoś podszedł od tyłu, jebnął mi w potylicę, po czym złamał żebro, a na końcu napluł mi w twarz.

Do jasnej cholery jakim cudem to coś, co nie jest ani fenomenalnie zagrane, ani nie powala jakoś historią, coś, co nie wnosi nic do dramatu, ma nominacje do 4 Oscarów? Historia zaczyna się 50 lat temu, kiedy to młoda Philomena Lee zachodzi w ciążę. Ta chwila uniesienia, jaką spędziła z poznanym przypadkowo młodzieńcem, kończy się brzuszkiem. Mówi się trudno i żyje się dalej, ale to inne czasy, a młoda matka ląduje w przytułku, prowadzonym przez siostry zakonne. Jak to bywa, okazuje się, że największe kurestwo potrafią zrobić osoby najbardziej wierzące. Dla zakonnych babsztyli ból porodowy to kara za grzech, za to, że rozłożyło się nogi przed mężczyzną. Gdy już urodziłaś, to musiałaś odrobić swoje utrzymanie. Najczęściej w pralni, gdzie godzinami pierzesz prześcieradła, a swoje dziecko możesz zobaczyć tylko jeden raz w ciągu dnia i tylko przez 60 minut.

W czasie gdy młode matki harowały na prawdziwe katoliczki, te po prostu handlowały ich dziećmi. Sprzedawały je przyjezdnym z USA. Irlandia oddalona jest przecież tysiące kilometrów od Nowego Świata i nikt nie upomni się o bachora i przecież matki musiały podpisać zrzeczenie się praw do dziecka.

Mija 50 lat. Philomena jest już kobietą w zaawansowanym wieku. Przez całe swoje życie myślała o synu, którego jej zabrano i postanawia, że czas najwyższy go odnaleźć. Na pomoc przychodzi były dziennikarz BBC, który chcąc zerwać z pracą, postanawia pisać książki o historii Rosji. Jednak powieści o mocarstwie schodzą na drugi plan w chwili, gdy decyduje się na pomoc zrozpaczonej matce.

Niby to wszystko wydaje się takie fajne, ale uwierzcie mi – nie jest tak. Jest bardzo przeciętnie. Ten film nie zasługiwał nawet na nominacje. Jeśli kiedyś najdzie was ochota na obejrzenie tego dzieła, to pójdźcie do łazienki, weźcie zimny prysznic. Może wtedy wam przejdzie, bowiem nie ma sensu tracić półtorej godziny na tego stworka.