ONA:
Myślę, że to na serię „W krzywym zwierciadle” można zrzucić odpowiedzialność za to, że mój gust filmowy jest – delikatnie mówiąc – spaczony. Ale uwielbiam go. I tę serię. Bawią mnie od lat równie mocno. Ten rok w kinematografii jest wyjątkowy. Odświeżanie starych filmów, wracanie do pewnych produkcji, przypominanie widzom o klasykach okazało się strzałem w dychę. Po genialnym „Mad Maxie”, przyszedł czas na „Jurassic World” i „Terminatora”. Ale to wszystko pikuś, w porównaniu z tym, co obejrzałam wczoraj. Kochani, Griswoldowie wrócili!!!
Po 30 latach od pamiętnej wyprawy do Walley World, Rusty Griswold (Ed Helms) postanawia wraz ze swoją rodziną, ruszyć dokładnie tą samą trasą. Cel: gigantyczne wesołe miasteczko, ale oczywiście chodzi też o zacieśnianie więzów, które ostatnio się poluzowały. Ale zanim opowiem Wam o samej wycieczce, zdradzę co słychać u młodych Griswoldów, którzy mają już swoje gniazdka. Rusty jest pilotem. Ma apetyczną żonkę – Debbie (Christina Applegate), z którą uprawia seks raz w tygodniu i której marzy się romantyczna podróż do Paryża, a nie spędzenie kolejnych wakacji w zabitej dechami dziurze. Małżonkowie dorobili się również dwóch synów. Młodszy to prawdziwy zawadiaka, który przeklina i gnębi starszego. Bo musicie wiedzieć, że pierworodny to straszna cipa. Marzeniem Rusty’ego jest również to, by jego synowie się zintegrowali. Przecież są braćmi! Oczywiście pojawia się tu też Audrey, która jest szczęśliwą żoną apetycznego gwiazdora wprost z telewizji. Nie ma co ukrywać – facet ma WIEEEEELKI talent. A pod koniec sprawdzimy też co u seniorów. Bo tak, Clark i Ellen też się w tym całym pierdolniku pojawiają.
Rodzina Rusty’ego, zamknięta w albańskiej hondzie, ma do pokonania kilka tysięcy kilometrów. Po drodze czeka na nich wiele przygód. Okaże się między innymi jaką studentką była Debbie, jak korzystne są kąpiele w gorących źródłach i czy można zabić krowę, wjeżdżając w nią quadem. Naturalnie, to tylko część przygód.
Nie będę owijać w bawełnę: kwiczałam już na napisać początkowych. A gdy usłyszałam „Holiday Road”, to wiedziałam, że jestem w domu. „W nowym zwierciadle: Wakacje” to rewelacyjna komedia, która w genialny sposób łączy się ze starą seria. Wiecie, tak z szacunkiem, z wielokrotnymi odniesieniami do pierwowzorów. Wspólnych elementów jest mnóstwo. A tak poza tym, to dowcip jest cięty, ciągnie chamówą aż miło i co najważniejsze – nie wszystkie gagi były w trailerach. Film ogląda się w towarzystwie rechotania. Jest naprawdę świetnie!
ON:
Seria „Wakacje”, w której Chcvy Chase grał główną rolę, bawiła nas wile lat temu. Ja sam jestem jej wielkim fanem, to kino mojej młodości. Jakiś czas temu rozprawiliśmy się z poszczególnymi jej częściami na naszym blogu. Rodzina Griswoldów to banda popaprańców, której nie można było nie kochać. Niestety, minęły lata Chase stał się słodkim pulpetem, a fani mogli tylko pomarzyć o kontynuacji przygód najbardziej pechowej rodziny w USA.
Twórcy wpadli na wspaniały pomysł stworzenia spin-offu z przygodami Rusty’ego Griswolda. Nastolatek wyrósł i założył własną rodzinę, ma dwóch synów oraz kochającą go żonę. Niestety, nie wszystko układa się tak, jak powinno. Jego małżeństwo wpadło w stagnację, synowie są dziwni. Jeden zachowuje się jak pipa, drugi zaś jest nieznośnym gówniarzem. Zawodowo Rusty także nie jest do końca spełniony. Pracuje jako pilot w małych liniach lotniczych, które nie są traktowane „poważnie” przez innych branżowych kolegów. Krótko mówiąc: jego codzienność to „szit”.
Po spotkaniu z grupą znajomych Rusty zdaje sobie sprawę z tego, że jego rodzina się „rozpada”, że nie wszystko jest tak, jak powinno być. Aby ratować związek oraz relacje z bliskimi, mężczyzna wpada na wyjątkowy pomysł. Postanawia zabrać wszystkich na rodzinną wycieczkę, na wyjazd będący czymś, co pamięta z czasów swojego dzieciństwa. Mowa o wypadzie do wyjątkowego parku rozrywki – Walley World. To ponad 4 tysiące mil podróży, które mogą uratować jego rodzinę. Wszyscy pakują się więc do błękitnego, wypożyczonego auta i ruszają w drogę. Można powiedzieć, że wszystko zaczyna się właśnie w tym momencie.
Ciężko mi porównywać „starych” i „nowych” Griswoldów – to dwa różne filmy. Nowy film, to jednak coś innego, niż to, co pamiętam. Nadal mamy do czynienia z pokręconym kinem drogi, ale wiele się zmieniło od czasów mojej młodości. Poziom abstrakcyjnego i chamskiego humoru, który serwują nam twórcy jest jednak wystarczający, aby doprowadzić mnie do łez. Rozwaliła mnie scena ze szczurem, która po prostu rzuciła mnie na kolana. Chichotałem, jak głupi. Chyba tego mi trzeba było, szurniętej komedii na koniec wakacji.
