Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY KSIĄŻKI

War of the Worlds

ON:

„Wojna Światów” Wellsa jest powieścią wyprzedającą swoją epokę. Wyprzedza ją o lata świetlne, o miliony kilometrów, których inne dzieła tamtego okresu nie mogły pokonać. Przez swoje przesłanie, różnorodność interpretacji, a przede wszystkim innowacyjność, stała się dziełem wyjątkowym. Pierwszy raz czytelnicy mieli do czynienia z apokaliptyczną wersją historii. Opisani w powieści przybysze z Marsa nie byli pokojowo nastawionymi zielonymi ludkami. „To”, co przybyło na Ziemię, nigdy nie było nastawione do nas pokojowo, przybyło wyssać naszą krew, a na ciałach naszych bliskich postanowiło zbudować nową cywilizację.

W 1938 roku w USA miała miejsce premiera audycji radiowej, bazującej na powieści Wellsa. Podobno wzbudziła ona panikę i doprowadziła do zamieszek. Nie dajcie się nabrać, bowiem to miejska legenda, którą w bardzo wyczerpujący sposób opisano na „Kulturą w Płot”.

W 2005 roku Spielberg wrzucił do światowych kin film z Tomem Cruisem, który w dość luźny sposób nawiązuje do tego wyjątkowego dzieła. Jeśli wgryziemy się w książkę Wellsa zdamy sobie sprawę z tego, że najważniejsza nie jest inwazja obcych, ale postawy ludzkie podczas zagrożenia życia i bezpieczeństwa naszych bliskich. Najeźdźcą nie musieli być Marsjanie, to mogła być po prostu wojna, ale użycie „anonimowego” agresora z kosmosu było bezpieczne i na dodatek przyniosło autorowi sławę, której się nawet nie spodziewał.

Opowieść w wersji Spielberga dzieje się w Stanach Zjednoczonych, a jej głównym bohaterem jest operator dźwigu Ray Ferrier. To facet po przejściach. Żona ma nowego kolesia, a dwójka dzieciaków za biologicznym ojcem nie przepada. Młodsza córka ma problemy emocjonalne, które kończą się sikaniem w pieluchę, zaś syn go po prostu nienawidzi. Wesoło jest być tatusiem. Akurat wypada weekend, kiedy to on musi zająć się pociechami, bo była pani Ferrier wyrusza do Bostonu do swoich rodziców. Pewnie byłby to kolejny spokojny weekend, gdyby nie wydarzenia jakie mają miejsce. Wpierw dziwne doniesienia z Ukrainy, o których cały czas mówią w TV, później burza, jakiej nigdy nie widzieli najstarsi mieszkańcy. To początek inwazji, ataku, z którym nie poradzą sobie nawet najcięższe wojska.

Korem” historii są jednak stosunki międzyludzkie, wzajemne relacje, które potrafią się zmienić z dnia na dzień, z minuty na minutę. Bliski znajomy staje się wrogiem, kiedy przyjdzie nam wybierać pomiędzy nim, a naszą rodziną. Jeśli przyjdzie Wam oceniać to dzieło całościowo, to wyda się ono przeciętne, ale gdy rozłożymy je na sceny, to znajdzie się tu kilka takich momentów, które naprawdę kopią dupę. Jedną z nich jest walka o samochód w pobliżu promu. Trzeba przyznać, że wrażenie robi także „szalony” Harlan Ogilvy, zagrany przez Tima Robbinsa.

Przyznam się bez bicia, że bardzo lubię to dzieło. Pomimo wielu braków i niespójności, powracam do niego co jakiś czas. Opowieść, jaką zaserwował nam Spielberg, potrafi być widowiskowa i przerażająca, a odpowiednio przedstawione sceny społeczne mogą naprawdę przerazić. Wtedy bowiem zdajemy sobie sprawę, że człowiek to zwierzę, które w obliczu zagrożenia gryzie do samej krwi.

ONA:

Nie lubię filmów z Tomem Cruisem, bo nie lubię Toma Cruise’a. To jedyny aktor, na którego patrzę przede wszystkim przez pryzmat wyborów życiowych, niż dokonań filmowych. Jest naprawdę niewiele ról, w których on moim zdaniem dał radę. Ale cóż… Ja po prostu nie lubię gdy ktoś jest niewolnikiem jakieś ideologii i jeszcze próbuje zachęcić do tego innych. Wszystko w nadmiarze szkodzi. Niestety, Cruise jest aktorem popularnym i komercyjnym, więc prędzej czy później trafiam na kolejne produkcje z jego udziałem. Tym razem, cofnęliśmy się o prawie dekadę, a dokładnie o 8 lat. Mamy 2005 rok, a na ekrany kin wchodzi właśnie najnowsza produkcja Stevena Spilberga – „Wojna światów”.

O co chodzi? Ano o atak kosmitów na naszą ukochaną Ziemię. Oczywiście, jakby było mało problemów, musi być jakaś rodzinka – w tym wypadku to The Ferriers. Komplikujmy sprawę dalej: państwo Ferrier nie są już małżeństwem. Żyją osobno, właściwie nie trawią się zupełnie, ale po nieudanym związku zostały dwa elementy: Robbie (Justin Chatwin) i Rachel (Dakota Fanning). Akurat teraz jest czas, by zajął się nimi ich ojciec – Ray (T. Cruise). I akurat teraz obcy muszą zaatakować naszą planetę. Na domiar złego, relacje Ray’a z jego pacholętami są – delikatnie mówiąc – złe. I szczerze, jakbym miała możliwość wyboru pomiędzy ucieczką z takimi dzieciakami, a dobrowolnym oddaniem się pod ostrzał obcych – biorę w ciemno międzygalaktyczne spotkanie, choćby miało trwać tylko ułamek sekundy…

„Wojna światów” jest filmem, który mi niczego nie urwał, nie bujał i który nie podobał mi się totalnie, poza trzema wyjątkami, o których wspomnę za chwilę. Ja nie lubię takiego kina, chociaż w TOP3 moich ulubionych filmów są i przygody Ripley, i “Gwiezdne Wojny“… Ale „Wojna światów” nie umywa się do tych produkcji. Ba, moim zdaniem – stoi daleko, daleko nawet za „Dniem Niepodległości”, którego będę bronić do końca mych dni. Okej, oglądałam „Wojnę…” przy pracy, mając totalną kurwicę i wściekliznę, a piszcząca co 3 sekundy Fanning tylko tą irytację i frustrację pogłębiała – dlaczego ta gówniara nie zginęła na samym początku?! Ale wniosek był tylko jeden: dawno nie widziałam tak naiwnego sci-fi. Nie dość, że jest strasznie, straszliwie przewidywalny, to jeszcze, za przeproszeniem, kupy się to wszystko nie trzyma. Nawet dla mnie. Brak logiki i sensu, drażniące role, fabuła oczywista i nudna, a do tego zakończenie, które jest żałosne – po prostu.

Ale! Plus za Morgana Freemana, który witał nas i żegnał, jako narrator. Plus za fajny montaż, ale do cholery, reżyserem tego filmu był Spielberg – z miejsca poprzeczka powinna być ustawiona wyżej. No i trzeci element, który sprawiał, że mimo irytacji dało się to obejrzeć. „Wojna światów” boleśnie rozprawia się z ludzkimi reakcjami na tak kłopotliwe wydarzenia, jak przylot obcych, których zamiary wcale nie są pokojowe… Ale to jakie bydle wychodzi z człowieka w stresie i obliczu zagłady, o wiele bardziej podchodziło mi we „Mgle”…

Moim zdaniem „Wojna światów” to strata czasu.