ON:
Wczoraj na blogu pojawiła się recenzja książki, która jest naprawdę niezłym thrillerem, dziś będzie film idealnie wpasowujący się w ramy kryminału idealnego. Mamy trzy morderstwa, małe zabite dechami miasto i nieprzychylną do detektywów miejscową ludność.
„La isla minima” przetłumaczony został na „Mokradła”. Okazuje się, że tytuł ten idealnie pasuje do opisywanego filmu. Rzecz się dzieje w Hiszpanii, w 1980 roku. To czas niepokoi społecznych, problemów finansowych, administracyjnych i rządowych. W dużych miastach da się jeszcze wyżyć, ale prowincja wydaje się być przedsionkiem piekła. To tutaj, wśród wysuszonych pól, wśród śmierdzących kanałów, wydarzyło się nieszczęście. Córki pracującego na promie przewoźnika zaginęły i nie można och odnaleźć. Nastoletnie dziewczęta chciały wyrwać się z lokalnego marazmu, ale nikt nie wie czy im się to udało. Na miejsce zostaje wysłana dwójka policjantów. Obaj z dużej metropolii, obaj dość specyficzni. Jeden wyrzucony poza szereg za pyskówki w kierunku przełożonych, drugi trochę starszy, pełen goryczy do otaczającego go świata. Każdy z nich inaczej prowadzi śledztwo i inaczej kieruje swoim postępowaniem. Mężczyźni otrzymują pokoje w miejscowym hotelu, to ich baza wypadowa. Następnego dnia odwiedzają rodzinny dom zaginionych dziewcząt. Ojciec rzuca przekleństwami, tylko matka znosi wszystko z pokorą. Gdy zostaje sam na sam z detektywami, daje im znaleziony w palenisku kawałek kliszy. Widać na nim, że dziewczyny pozowały komuś do nie całkiem grzecznych zdjęć.
Przesłuchując kolejnych świadków wychodzi na jaw, że wsiadły one do jasnego samochodu. Poza tym przyczepiono im etykietkę: mówiono, że są łatwe, że to dajki. Kolejne ślady prowadzą w ślepe uliczki, a czas ucieka. Nareszcie dochodzi do przełomu. Na mokradłach znaleziono ciała. Każde z nich zmaltretowane, zgwałcone, okaleczone. Pojeb, który zabawiał się z nimi, nie miał żadnych zahamowań. W tym momencie zmienia się wszystko. Nie szukamy dziewczyn, szukamy mordercy.
Poza śledztwem dwaj mężczyźni mają także swoje problemy, które nie są łatwymi do rozwiązania. Każdy z nich jest inny, każdy ma swoje strachy i lęki, którym musi stawić czoła. Jeden zostawił w mieście ciężarną żonę, przy której powinien teraz być, drugi stara się zapomnieć o wydarzeniach sprzed lat.
„La isla minima” jest filmem hiszpańskim i wpadł nam on w ręce przez przypadek. Od początku widać, że to kino europejskie, bo tak bardzo różni się od tego amerykańskiego. Przede wszystkim znajdziemy tutaj oszczędność, którą widać w każdym kadrze. Fenomenalne zdjęcia potęgują jeszcze bardziej gęsty jak zupa klimat. To dzieło stworzone w starym stylu. Pełne jest drobiazgów, które nic nie wnosząc do historii, pojawiają się na ekranie. To one budują tę atmosferę – super. Dla mnie film jest przypadkowym odkryciem, które okazało się małą sztuką złota. Może można było zrobić kilka rzeczy lepiej, ale i tak ogląda się go bardzo dobrze.
ONA:
Halo! Jesteś tam? Chciałam tylko powiedzieć, że obejrzałam ambitniejszy film europejski. Hiszpański – dokładnie mówiąc. Kryminał do tego. I przyznam szczerze, że bardzo mi się podobał. Ciężki klimat, ale ładne zdjęcia, brutalne morderstwa i misternie utkana tajemnica… To lubię. Oczywiście brakowało mi nieco akcji, ale hej – nie we wszystkich filmach muszą być wybuchy… Damn, tęsknię za Tonym Scottem.
Mamy 1980 rok, a cała opowieść dzieje się w jakieś zabitej dechami hiszpańskiej dziurze, gdzie diabeł już dawno temu powiedział „Dobranoc”, bo miał tu sporą konkurencję. Ludzie są tu dosyć specyficzni. Starzy żyją z dnia na dzień, wiedząc, że nie zdarzy się cud, który nagle da im lepsze życie. Młodzi jeszcze w to wierzą, szczególnie dziewczyny, które marzą o wyrwaniu się z tego piekła, bez przyszłości i perspektyw. W tej mieścinie nic się nie dzieje. Ot, strajk teraz jest, bo wszyscy mają już dość nędznej płacy. I nagle giną dwie młode, piękne nastolatki… Sprawą zajmują się detektywi, sprowadzeni specjalnie na tę okoliczność – Juan i Pedro (bo przecież jak mogliby nazywać się męscy, hiszpańscy bohaterowie?). Sprawa śmierdzi od samego początku. Ojciec dziewczyn zamiata wszystko pod dywan mówiąc, że obie naraziły go na wstyd. Po mieście krąży lokalny przystojniak, który lubuje się w takich panienkach, każda kolejna osoba kryje następną, tkając misternie dziwną plątaninę relacji i zależności, ale detektywni są skuteczni. Rozplątują ten pierdolnik sukcesywnie, odkrywając kolejne patologie… Tu tak naprawdę jest wiele winnych osób. Nie tylko wśród tych, które faktycznie krzywdziły, ale przede wszystkim wśród tych, które nie przeszkadzały.
„Mokradła” to film bardzo ciężki. Trudno wyobrazić sobie, że zabijanie dziewczyn, ale najpierw mało subtelne torturowanie ich, może pojawić się w dziele lekkim i przyjemnym. Tu bywa naprawdę hardkorowo. Ale ta produkcja wciąga, pochłania jak tytułowe mokradła, oblepiając ciasno widza i wciągając go coraz głębiej, w historię, która jest bardzo brutalna i paradoksalnie – osadzona w ładnych kadrach. Jest to dla mnie film-zaskoczenie, bowiem mimo usilnych prób odszyfrowania tajemnicy i tak mi to nie wyszło. Fabuła trzyma w napięciu i zaskakuje. I jak się okazuje – mało kto w tym filmie jest dobry i ma zachowane resztki człowieczeństwa… Ale obejrzeć warto, szczególnie gdy ktoś lubi cholernie ciężkie kryminały.
