Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY RECENZJA

Beverly Hills Cop

ON:

Pewexy, bony, pirackie VHS-y i zajebista, najlepsza muza, jaka kiedykolwiek powstała – takie właśnie były moje lata 80-te. W tych czasach wszystko było kiczem i jednocześnie stawało się zajebiste. Oczywiście wszędzie, poza granicami smutnej Poladnii. Całe szczęście znajdowali się ludzie, którzy mieli dość szarości, kombinowali, oszukiwali i spod szarych marynarek wyciągali kolorowe obrazki Zachodu. Dzięki tym, którzy mieli dość tego ustroju, wiele się zmieniło i możemy teraz siedzieć na dupie i narzekać na obecną władzę. Gdy cofniemy się do tych lat pełnych sprzeczności, to zdamy sobie sprawę z tego, że ciężko nam się odciąć od popkultury, która zbudowała współczesny świat.

Kilka dni temu odpaliłem po raz kolejny „Gliniarza z Beverly Hills” i stwierdzam, że to jedna z tych ponadczasowych komedii. Pomimo tego, że ma 30 lat, ogląda się jak tak samo dobrze jak wtedy, gdy byłem małym pulpetem.

„Beverly Hills Cop” to pierwsza z trzech części kultowego filmu i chyba najbardziej znana rola Eddie’go Murphy. Grany przez niego Axel Foley jest gliną z krwi i kości, najlepszym śledczym w Detroit, a jednocześnie cholernie niesubordynowanym gliną. Jest tak samo kochany, jak i znienawidzony. Jego ogromną zaletą jest umiejętność dopasowania się do każdej sytuacji i wcielenia się w postacie, które sam na poczekaniu wymyśla. W jednej chwili jest dziennikarzem gazety muzycznej, a chwilę później staje się gejem, mającym romans z białym biznesmenem.

Foley kręci się po mieście i rozpracowuje kolejnych przestępców. Dnia pewnego spotyka swojego znajomego, faceta, który przesiedział trochę w ciupie, bo jego życie nie potoczyło się tak, jak powinno. Podczas wspólnego piwka koleś opowiada jak to dostał pracę w Beverly Hills i jak to nie jest fajnie tam, gdzie teraz robi. Podczas rozmowy wychodzi na jaw jeszcze jedna rzecz. Mężczyzna ma przy sobie niemieckie akcje na okaziciela. Skąd je ma? Nie wiadomo. Niestety, to ich ostatnie spotkanie, ponieważ jakiś czas później jego zwłoki zostają znalezione w budynku, w którym mieszka Foley. Jak to bywa w takich filmach Axel nie chce odpuścić, bierze zaległy urlop i na własną rękę zaczyna prowadzić śledztwo. Trop prowadzi w jedno miejsce – do Beverly.

„Gliniarz z Beverly Hills” jest filmem naprawdę dobrym. Posiada dobrze poprowadzoną fabułę, gdy trzeba jest śmieszny, a gdy trzeba – jest policyjnym kryminałem. Dzieło to idealnie wpisuje się w schemat takiego kina. Jest dobry glina, zły glina, wioskowy głupek, piękna kobieta i czarny charter. Wszystko w przyozdobione muzą lat 80-tych. Czego chcieć więcej?

ONA:

„Gliniarz z Bevery Hills” to film, który kojarzy mi się z Mega Hitem na Polsacie, gdzie w ciągu roku grano go kilka razy. I najśmieszniejsze jest to, że w podczas całego mojego dwudziestoośmioletniego życia nie obejrzałam tej produkcji ani razu. Przyczyna jest prosta: mnie Eddie Murphy nie śmieszy. Dla mnie to taki trochę komik, który sili się na bycie zabawnym, a tak naprawdę ma 2 śmieszne miny, trochę sztucznego, cynicznego humoru i kilka ról, w których „wyjaśniono” mu co robić, by widzowie się cieszyli. Tak to widzę.

Axel Foley (E. Murphy) to niepokorny gliniarz stacjonujący w samym środku piekła – w Detroit. Tam zasady są zupełnie inne: zło jest większe, dobra prawie nie widać, a gliniarze są ze starej szkoły i nie ma ona nic wspólnego z zasadami i uprzejmością. I w tym grajdziołku, z którego trudno się wydostać, Foley próbuje jakoś tam żyć. Koleś ma swoje zasady, które są odpowiednio dopasowane do realiów. No nie może być łatwo. Pewnego dnia odwiedza go dawny przyjaciel – też taki typek spod ciemnej gwiazdy. Panowie mają spędzić trochę czasu razem, ale niestety – kumpel zostaje zamordowany. Mając kilka szczątkowych informacji Axel postanawia dotrzeć do osób, które zrobiły mu czystkę wśród przyjaciół. I tak ląduje w Beverly Hills, które jest biegunowo inne od smutnego Detroit. W tej nowej rzeczywistości, pełnej słońca, uśmiechów i życzliwości, nasz gliniarz próbuje się odnaleźć, chociaż przez większość czasu jest po prostu zdumiony. Ale w żaden sposób nie usypia to jego czujności, bo jego cel pobytu w tym mieście jest zgoła inny, niż relaksowanie się i picie drinków w drogich knajpach. Wytropienie zabójców kumpla nie jest trudne, trzeba tylko umiejętnie połączyć kropeczki.

Przyznam szczerze, że ten film jest całkiem niezły i jestem przekonana, że Dejw do niego podchodzi bardzo emocjonalnie, bo kojarzy się mu z czasami „młodości” i filmów z VHSu. Może gdybym i ja obejrzała go te 20 lat temu, to podobałby mi się dużo bardziej. Teraz dla mnie wszystko, co wypluły lata 80. jest kiczowe, chociaż kicz nie zawsze musi być zły i tandetny. Fajna, acz prosta jak konstrukcja cepa fabuła, fajny, chamski dowcip, trochę przekleństw, trochę sarkazmu, kapitalna ścieżka muzyczna i ten nieszczęsny Murphy w roli, z którą będą go identyfikować najbardziej i nawet gdyby zagrał papieża – ciągle będzie Axelem Foley. Z dużym dystansem – ale obejrzeć można.