Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

Sharknado

ONA:

Na najpopularniejszym polskim portalu filmowym „Sharknado” ma ocenę 2,9. Dwa koma dziewięć to już prawie trzy. Trzy zaokrągla się do pięciu i tym sposobem okazuje się, że większość osób, które dokonała oceny tego filmu, należy do grona skończonych kretynów. Dlaczego? Otóż „Sharknado” to film, który nie powinien mieć noty większej niż 1.0. Nie i tyle. To chyba najgorszy z wszystkich filmów, jakie kiedykolwiek widziałam. „Iron sky” było pastiszem. „Rekin cycojad” miał elementy komediowe i były cycki. „Sharknado” to zaraza najgorsza. Kinematograficzny rak.

Dobrze, opowiem o fabule. Zatem mamy Los Angeles. Miasto Aniołów, o którym wszyscy marzą. Plaża, ocean, skąpo ubrane dziewoje i muskularni faceci. Kalifornia, Hollywood, Kodak Theatre i Aleja Sław, i rzut beretem do Doliny Krzemowej. Every corner that I turn

I see a lady that burns. Hot mama walking down the street. I’m loving all these L.A. freaks – jak to śpiewał Fred Durst z Limp Bizkit. I właśnie w tym miejscu rozgrywa się najgorszy film wszech czasów. Gorszy nawet od mojej pamiątki z Pierwszej Komunii. Zatem co takiego ciekawego dzieje się w Angeltown? Otóż miasto plądruje tornado, ale nie byle jakie. Trąba powietrzna z dziwnego powodu wypełniona jest – uwaga – REKINAMI! Dobrze, teraz się pochwalę. W życiu nie miałam z biologii i geografii gorszej oceny końcowej niż bdb, więc mój intelekt z miejsca został obrażony. Dawid poczciwie próbował dojść do tego, że może wewnątrz stworzył się jakiś mikroklimat, który pozwolił na przeżycie tym rybom, ale ja czułam się mentalnie dymana, jak wtedy, gdy po raz pierwszy usłyszałam o niepokalanym poczęciu. Teraz już wiem, że on po prostu miał nadzieję… Ja ją porzuciłam w momencie, w którym zobaczyłam, że w jednym filmie gra Ian Ziering i Tara Reid. Jego kojarzę z „Beverly Hills 90210”, a ją z „American Pie”, w którym była najsłabszym aktorem, bo więcej zaangażowania w swoją rolę miała najsłynniejsza już szarlotka. Ta dwójka była kiedyś małżeństwem, ale nie udało się im razem. Mają dwójkę dzieci, jednak nie łączy ich nic więcej. Ba, wyrodna była żona nie dość, że poukładała sobie od nowa życie z kolesiem typu „Ken”, to jeszcze utrudnia ex-małżowi kontakty z pociechami. Tak to przynajmniej zrozumiałam. Jednak nasz bohater nie popada w deprechę. Żyje sobie sam ze sobą, ma bar przy plaży i grono znajomych. Jest też – niestety – odważny. Ja dla świętego spokoju dałabym się pożreć rekinowi z tornada, a on, kiedy już biologiczna masakra ma miejsce, postanawia walczyć z krwiożerczymi rybkami. On, kilku znajomych i prowizoryczna broń (np. piły łańcuchowe) przeciwko spadającym z nieba rekinom. Brzmi abstrakcyjnie, prawda? Wierzcie mi – jest duuuużo gorzej od tego, co już napisałam.

Właściwie – to mogłaby być niezła parodia typowego filmu katastroficznego, w którym jakieś miasto/państwo/kontynent/glob zostaje zaatakowany przez coś. Niezależnie, czy to będzie inwazja kosmitów, robotów z dna oceanu, roślinności, która się mści, czy wyznawców jakieś durnej religii – tornado z rekinami zmiażdżyłoby mózgi. Niestety, twórcy tego „dzieła” podeszli do tego bardzo poważnie. To znaczy – chyba chcieli, ale wyszło kiepsko.

Raz: gra aktorska. Tragedia. Dramat – w sensie rozpacz, bo z dramatyzmem nie ma to nic wspólnego. Drętwo, durnie, irytująco, bez krzty zaangażowania i przejęcia – hej, zaraz z nieba spadnie wygłodniały rekin i mnie zje, ojojoj! Zły rekinek, zły! To zrobię krok do przodu. Albo nie, zrobię do tyłu. Ale jestem szaloooonaaaaa!!!

Dwa: efekty specjalne. Inaczej: efekty specjalnej troski. Można udawać, że jest okej, że może coś z tego będzie, ale gdy porównamy z innymi, kultowy cytat z „Forresta Gumpa” sam pcha się do ust: „Wasze efekty specjalne są different”. Obraz nakładany jest totalnie nieudolnie, widać wylewającą się sztuczność, sylikonowe bebchy i członki ludzkie, a scena, w której główny bohater wychodzi z wnętrza rybki, wywołuje podobny poziom zadowolenia, jak wtedy, gdy właśnie odkrywamy, że ułamał nam się ząb.

Trzy: montaż i dźwięk – czyli jak nie budować napięcia – instruktaż w trzech krokach. Najpierw kup byle jakie sample dźwiękowe i wrzucaj je w dowolne miejsca. Potem zatrudnij kretyna do składania filmu, a sam pierdź w wannie i ciesz się do tego. Na końcu umrzyj. Wyświadczysz ludzkości przysługę.

Cztery: dialogi. Jakie dialogi? Ja chyba mam w głowie zupełnie inną definicję tego procesu. To, co zobaczyłam w „Sharknado” przypomina wymianę znań pomiędzy albo dwoma niemowlakami, albo papugami, których nauczono kilku wyrażeń. Rozpacz. Scenarzysta Thunder Levin zasługuje na lobotomię. Wykonaną ołówkiem.

I na koniec pięć: BEZSENSOWNOŚĆ. Bo nic w tym filmie nie trzyma się kupy. Z jednej strony miasta szaleje mordercze tornado, a dosłownie metr dalej ludzie żyją jak gdyby nigdy nic. Zresztą – o czym ja mówię. W tornadzie żyją rekiny i spadają z nieba jak pieprzone gołębie gówna! Dalej – już wspominałam o tej scenie: koleś zostaje połknięty przez bestię z oceanu – och przepraszam – z trąby powietrznej, ale ma przy sobie piłę i w środku zabija rybę, rozcina ją, wychodzi jak przy cesarce i jeszcze wciąga poprzednią ofiarę. No kurwa mać – jak?! Idźmy dalej: ludzie giną, a przeciw bestiom kroczy wyłącznie nasz bohater. A gdzie wojsko? Policja? Harcerki chociaż? Nie ma nic, poważnie? Tylko koleś z BH 90210? To jedna, wielka B-E-ZDURA!

Teraz na poważnie. Po seansie długo zastanawiałam się po co tego typu filmy w ogóle powstają. Mam kilka typów. Może twórcy ćpają jakieś straszne gówno? Może w ten sposób prane są jakieś śmierdzące pieniądze? Może ekipa zgadała się i stwierdziła, że nagrają najchujowszy film ever? A może ktoś się z kimś założył i przegrał ten zakład? Przecież oglądanie tego filmu boli. Jeśli jednak chcecie – to tylko na własną odpowiedzialność. Nie pomoże wódka, ani towarzystwo przyjaciół. Nic nie pomoże.

Eh, i ktoś na to wyłożył kapuchę. Lepiej by było, gdyby zainwestować te pieniądze w zbrojenie na Bliskim Wschodzie tudzież w Korei. Wtedy byłaby większa nadzieja, na coś spektakularnego. A tak…

SHARKNADO – ENOUGH SAID!

ON:

Są filmy złe, są filmy tragiczne i jest Sharknado. Myślę, że mogę go spokojnie wrzucić do jednego wora z tytułami takimi jak Piranhaconda, czy Sharktopus. Te dzieła charakteryzują się tym, że zupełnie nie mają sensu. Scenariusz powstawał pewnie podczas jakiejś mocno zakrapianej imprezy, a twórcy założyli się ile kasy uda im się wyciągnąć ze sprzedaży tego czegoś. I tym razem mieli rację – „Sharknado” stało się filmem wręcz kultowym.

Wyobraźcie sobie ogromne tornado, które wciąga w swoje „bebeszki” ogromne ilości rekinów. To część dwudziestotysięcznej ławicy drapieżników. Sic! Co? Jak? Jakim cudem? Dobra, nie wnikam. Może płynęły na tarło w górę rzeki? Ważne jest to, że rekiny żyją sobie spokojnie wewnątrz tornada, pomykają wśród kropel deszczu, czy czegoś tam, co jest w środku. Zacząłem sobie tłumaczyć, że może jakiś mikroklimat, jaki się wytworzył w środku, pozwala żyć tym morskim drapieżnikom… Takie trzy tornada zbliżają się do brzegów Kalifornii, a gdy już tam dotrą, zaczynie się apokalipsa.

Na plaży, po złotym piasku, biegają piękne cycate dupy, kolesie pływają na deskach, chill w najwyższej formie. Nad plażą góruje molo, na którym znajduje się bar niejakiego Fina Sheparda. Ten mający już swoje lata surfer, chwilę wcześniej uratował przed rekinem swojego kumpla – Buza. Panowie opowiadają anegdotki, piją browarek, a w TV lecą wiadomości, w których ostrzegają przed tornadem. Nie mija kilka minut i jedno z nich zbliża się do wybrzeży. Latające rekiny + zerwany diabelski młyn z okolicznego lunaparku skutecznie, raz na zawsze zamykają interes Fina. Facet wraz z Buzem, kelnerką i lokalnym ochlapusem wsiadają do „ztuningowanego” pickupa i pomykają do niejakiej April – to była Fina. Facet mimo, że po rozwodzie, to jednak kocha swoja rodzinę i chce dbać o ich bezpieczeństwo. Nagroda dla najlepszego ojca gwarantowana. Zanim dotrą do domu, pozbędą się nadmiernego bagażu w postaci ochlejmordy – stanie się on karmą dla ryb. Gdy już rodzina się zjednoczy, główny bohater stwierdza, że wraz z towarzyszącą ekipą uratuje Miasto Aniołów. Nazwisko zobowiązuje, co nie?

W tym filmie wszystko jest złe. Gdy dochodzi do zagrożenia USA w pierwszej kolejności zawsze mamy do czynienia z gwardią narodową i policją. Tutaj jedyny patrol, zamiast zając się ratowaniem ludzi, chciał zatrzymać samochód Fina za nadmierną prędkość. Na pokrytych żałosnym filtrem zdjęciach zobaczymy, że na drugim planie normalnie toczy się życie. Nikt nigdzie nie ucieka, autka pomykają sobie autostradą, ludzie chodzą do sklepów itd. Dlaczego? Bo może cała historia dzieje się w głowach naszych bohaterów, naćpali się kleju i widzą latające ryby. Do rekinów strzela się z pistoletu, a one spadają na ziemię jak ulęgałki z drzew. Tornada rozwala się domowej roboty bombami, a na sam koniec mamy scenę cesarki robionej piłą mechaniczną.

Rekin Cycojad” był zły, ale tam wszystko wskazywało na to, że mamy do czynienia z chamską parodią, naciąganą komedią. W „Sharknado” wszystko wydaje się być zrobione na poważnie i to chyba najbardziej przeraża. To film kupa, który nawet w akompaniamencie wódki i grupy znajomych nie nadaje się do konsumpcji. Jeśli zależy wam na głupim kinie imprezowym polecam serię Xtro.