Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

The Imposter

ONA:

Filmy dokumentalne od razu kojarzą mi się z maszerującym wojskiem Adolfa albo z antylopkami, które właśnie są zjadane przez lwy tudzież krokodyle. Nie lubię tego typu dzieł, bo nudzą mnie przestrasznie. Ale to nie jest zupełnie tak, że ja nie oglądam filmów należących do tego gatunku. Po prostu sama sobie wybieram tematykę i wtedy mogę siedzieć do świtu, ze wzrokiem wpatrzonym w monitor. Nie wszystko do mnie trafia, ale jeśli już – to pochłania mnie totalnie. Dokładnie tak było z moim pierwszym dokumentem o rudowłosej królowej Elżbiecie i do dziś ta postać nie przestaje mnie fascynować. Ale tym razem będzie o innej osobie. Frédéric Bourdin nie jest ani gwiazdą rocka, ani żadną inną formą artysty. Nie rządzi państwem, ba – nie jest nawet politykiem. Nie wynalazł leku na AIDS, nie zasłynął nawet z uczestnictwa w jakieś zdrowej orgii ze stadkiem kóz. Pan Bourdin „sławę” godną poświęcenia mu filmu dokumentalnego zdobył oszukując… I to jak!

W 1994 roku nagle „gubi” się młody chłopak Nicholas Barclay. Znika, rozpływa się w powietrzu i tyle. Rodzina jest zrozpaczona, ale żyją jakoś mimo tej straty. wtem, po kilku latach otrzymują telefon z Europy – młody chłopak zostaje odnaleziony w Hiszpanii… Wstrzymują oddech. Jak to się stało, że dzieciak znalazł się po drugiej stronie oceanu? Kto go uprowadził? Jakim cudem zbiegł? JAK TO WSZYSTKO JEST W OGÓLE MOŻLIWE!? I wtedy zaczynamy wchodzić w całą zakłamaną do szpiku kości historię. Za Nicholasa podaje się Frédéric. Mężczyzna jest zdeterminowany – chce zdobyć paszport, pobawić się na chwilę w rodzinę i uciec, bo tym się zajmował do tej pory. To też taki trochę emocjonalny składak: od zawsze brakowało mu ciepła domowego ogniska, był nieakceptowany, odrzucany, więc zaczął kombinować. Jego kartoteka w Interpolu była solidnych rozmiarów. Ale o tym dowiemy się dopiero pod koniec dokumentu. Zaczynamy od tego jak to się w ogóle stało, że Frédéric ukradł tożsamość amerykańskiego chłopca, który był od niego sporo młodszy, zupełnie innej aparycji, z innym akcentem, kolorem włosów, oczu itd. Cóż, Francuz był po prostu cwany. A utlenienie włosów można załatwić nawet w publicznej toalecie. Dla niego celem był paszport, nowe obywatelstwo i szansa na wyrwanie się. Puścił więc historię o tym jak go torturowano, molestowano, jak prano jego mózg tak bardzo, że zaczął mówić jak rodowity Francuz, jak wszczepiono mu coś w oczy, by zmienić ich kolor z niebieskiego na brązowy. I najlepsze – jak ogromną ma traumę, że nagle wszystkich zapomniał. Brzmi bajkowo, ale jednak mu uwierzono. W końcu w Hiszpanii pojawia się jego „siostra” by potwierdzić tożsamość, załatwić formalności i przetransportować Frédérica-Nicholasa do domu. I co? Udaje się… Jak więc sprawa wyszła na jaw? Kto się pierwszy zorientował, że coś tu wali kłamstwem? Jak ta historia się zakończyła? I czy czasem rodzina Barclay’ów czegoś jeszcze nie ukrywa?

Wydaje mi się, że dokumenty mają to do siebie, że z zasady nudzą. Fakty, dane, takie tam pierdoły, analizy i suchy komentarz narratora. Ale w przypadku tego filmu jest zupełnie inaczej. Najpierw główny bohater miażdży nam głowę spontanicznym, ale szalenie bystrym i rozsądnym zdobywaniem informacji, które przyczynią się bezpośrednio do tego, że podał się właśnie za Nicholasa. Potem – procedury. Koleś wykiwał mnóstwo osób na ważnych stanowiskach. A potem, gdy historia kręci się już na amerykańskiej ziemi, rozwala nas to, jak dwie osoby zaczęły bliżej przyglądać się tej osobie. Dodam: żadna z nich nie należała do „rodziny”. Ogląda się to świetnie, bo fabuła trzyma w ekscytacji do samego końca, mimo, że przecież już na początku wiemy, że mamy do czynienia z oszustem. Klasa! Dołożyć do tego kilku sympatycznych aktorów, dialogi, klimatyczną muzykę i zdjęcia – z tej historii można ukręcić niezły dramat obyczajowy!

Bardzo polecam. Wciąga.

ON:

Chyba po raz pierwszy na marudzeniu będziemy opisywać paradokument. Nie specjalnie lubuję się w tego typu filmach, ale o recenzowanym dziś „Imposterze” naczytałem się tak wiele dobrego, że grzechem byłoby go nie zobaczyć, tym bardziej, że obraz ten otrzymał BAFT-ę.

Debiutanckie dzieło Barta Laytona jest nakręcone i złożone w taki sposób, że ciężko oderwać od niego wzrok, szczególnie, że główny wątek dość szybko okazuje się przykrywką dla dużo większej tajemnicy. Reżyser w bardzo dobrze wykorzystał stare archiwalne filmy, które wprowadzają nas w historię zaginionego w ’94 roku Nicholasa Barclay’a. Mający naście lat blond dzieciak już nigdy nie miał wrócić do domu. Ponieważ jego zaginięcie nie wyróżniało się niczym niezwykłym, ówczesne media nie zainteresowały się tematem. I sprawa dość szybko zniknęła z pierwszych stron gazet. Mijają niecałe 4 lata. Gdzieś w środku nocy na komisariacie policji w Hiszpanii dzwoni telefon. Młody mężczyzna oznajmia stróżowi prawa, że wraz z żoną znaleźli przerażonego nastolatka, który wygląda na Amerykanina. Wysłany na miejsce patrol policji znajduje tylko cichego chłopaka. Mijają godziny i dni, ale nikt nie potrafi wyciągnąć do niego żadnych informacji. Dzieciak, a może powinienem napisać mężczyzna, zostaje sam w biurze i przy pomocy kilku telefonów wykonanych do USA, znajduje tożsamość, którą może ukraść. Następnego dnia podaje się za Nicholasa Barclay’a. Od tej pory rządy dwóch krajów wprawiają w ruch tryby ogromnej maszyny, która ma na celu umożliwienie uprowadzonemu powrót na łono rodziny. Zaczynamy obserwować z niedowierzaniem całą historię. W jaki sposób nikt nie kapnął się, że mają do czynienia z inną niż zaginiona osobą. Przecież podający się za Barclay’a Frédéric Bourdin jest do niego zupełnie niepodobny. Jego umiejętność zmanipulowania otoczenia jest ogromna, przy okazji pokazuje, że ludzie widzą to, co chcą zobaczyć. Dochodzi do pierwszego spotkania z rodziną i wszystko wydaje się być w jak najlepszym porządku. Bliscy lgną do niego, tulą i klepią po ramionach. „Nie jest podobny do Nicholasa, ale przecież tyle przeszedł”, „Może to tylko chwilowe?”, „Na pewno do nas wróci”. Tym czasem Frédéric miał swój plan. Zdobył upragniony paszport i obywatelstwo USA, czas najwyższy dać buta z tego przybytku. Niestety, jego osobą zaczyna się interesować FBI, przecież sam opowiadał o brutalnym uprowadzeniu, gwałtach i wykorzystywaniu seksualnym. Podczas terapii z lekarzami i psychologami wychodzi na jaw, że nie mają do czynienia z prawdziwym Barclay’em. Każda normalna rodzina wykopałaby takiego kogoś z domu, ale nie dzieje się tak w tym przypadku. Z jakiegoś powodu najbliżsi zaginionego kilka lat wcześniej blondyna pozwalają oszustowi pozostać wraz z nimi. Nikt nie spodziewał się takiego obrotu spraw, ale agenci FBI zaczynają coś węszyć i zadawać coraz to więcej pytań.

„Importer” zaczyna się niepozornie, ale dość szybko potrafi przykuć nasza uwagę na kolejne 100 minut. Śledzimy poczynania złodzieja tożsamości, śmiejemy się z ludzkiej głupoty i luk w prawie. Wystarczyło, bowiem tylko kilka inteligentnych zagrań, by zmanipulować całą grupę osób. Jeśli macie dość kręconych z ręki paradokumentohorrorów to dobrą odskocznia będzie właśnie ten film. Warto.