ONA:
Kolejny film nad którym będziemy się pastwić. Widziałam go raz i ostatnio nabrałam ochotę na powtórkę z rozrywki. Nie wiem czemu właściwie, chyba jestem masochistką. Ja generalnie kino pana Shyamalana lubię, ale „Zdarzenie” to film-porażka. Filmy Shyamalana to m.in.: „Szósty zmysł” (obejrzyj koniecznie), „Znaki” (Mel Gibson nie był wtedy jeszcze nawiedzony, można się kilka razy przestraszyć), „Osada” (zaskakująca) i „Zdarzenie” (nie marnuj życia na ten badziew). No chyba, że ktoś chce się zainspirować przed popełnieniem samobójstwa, jak zrobić to inaczej. Mamy więc: headshoty, skoki z wysokości, podcinanie żył, rozwalanie głowy o szyby, zadźganie się spinką do włosów, rozjechanie się kosiarką, powieszenie na drzewie, mamy też wypadki samochodowe. Pyszności!
Film jest strasznie niespójny. Mark Wahlberg gra nauczyciela, który jest tak irytującą postacią, że wręcz czekałam, kiedy on też w jakiś sympatyczny sposób popełni samobójstwo. Zooey Deschanel ma mimikę gorszą niż nasze kury. Do tego w tym „dziele” gra Horacy z „Dr Quinn”!
Ale pomijając grę aktorską, wybitnie nieprzejmującą i nudzącą, najtragiczniejszym elementem tego filmu jest fabuła. Ludzie umierają w coraz to bardziej śmieszny sposób i ciągle nie wiemy dlaczego. A potem się okazuje o co chodzi. Ludzie są atakowani, ale nie przez terrorystów z różnych zakątków świata, nie przez obcych, nie przez psycholi. Ludzi atakuje natura! Rozumiecie, roślinki stwierdziły pewnego dnia, że mają dość i muszą coś z tym zrobić. I wystarczyła im doba. I całe zdarzenie ma być jedynie ostrzeżeniem!
Oglądając ten film stwierdziłam, że Shyamalan albo zmienił leki, albo zrobił parodię swoich dzieł. I jak kiedyś stwierdzę, że może obejrzę ten film po raz 3ci, proszę, zlitujcie się nade mną i wybijcie mi to z głowy.
ON:
Właściwie The Happening nie jest tak zły jak „Najczarniejsza godzina”, ale stał blisko niego na półce w wypożyczalni i widocznie jeden z drugim kiedyś spłodzą najgorsze dzieło kinowe, przy którym „Plan 9 z kosmosu” będzie filmem Oscarowym. Ale do rzeczy.
Widząc Makry Marka w pierwszych minutach filmu zapytałem się Pauli:
D: o psychiczny z filmu Fear, myślisz, że zabije kogoś?
P: On już zabił.
D: Kogo?
P: Nie kogo tylko co. Muzykę.
No to dobra mamy Marky Marka, który jest nauczycielem, jego żonę/dziewczynę, która ma oczy jak ciele (mimo, że ładne niebieskie,) ale nadal jak ciele. A właściwie to nie oczy, to wygląd pyska chyba. Kobieta miała mały skok w bok, bo poszła na tiramisu z jakimś swoim kumplem z pracy. No mamy tego kumpla w postaci wydzwaniającego telefonu, bo chyba myślał, że po pierwszym postawionym tiramisu jemu ktoś coś też postawi. Pojawia się w tym filmie także Horacy z dr. Quinn, ale tutaj ma zapuszczoną brodę i jest miłośnikiem szklarniowych roślin. Jest jeszcze mała dziewczynka, córka znajomego Marky’ego, którą on musi się zaopiekować bo znajomy, pojechał szukać swojej żony. I to są główne osoby dramatu, do tego trzeba doliczyć wszystkich mało znaczących statystów, którzy w filmie musieli zginąć w różnoraki sposób, aby na podstawie tego nauczyciel Marky i Horacy doszli do rozwiązania arcy nieciekawej zagadki, a mianowicie dlaczego ludzie bez zahamowań popełniają samobójstwa.
I teraz spojlerując. To drzewo jest mordercą, no i trawka też jest. Bo drzewo i trawka się wkurzyła, poczuli się zagrożeni i wydzielili coś, co spowodowało iż ludzie się sami wykańczają.
To, co napisałem powyżej jest bełkotliwym zlepkiem sytuacji, które idzie nam oglądać w bełkotliwej kolejności, zlepkiem podanym nam przez M. Night Shyamalana. Jak wcześniejsze jego filmy były całkiem ok, no może poza Osadą, to The Happening to już dno i wodorosty. Myślę, że lepiej wyszło by mu rybne curry niż reżyserowanie tego filmu.
Stanowczo odradzam. Nuuuuuuuda.
