Soundtrack: “Hair”

ONA:

Ku narastającej rozpaczy moich bliskich, z którymi dzielę dom, ja uwielbiam śpiewać. Wczoraj wieczorem tato zamanifestował solidnie to, że już ma dosyć, drąc się przez klatkę schodową, że w obrębie najbliższych 50 km pozdychały już wszystkie nietoperze, a komary zleciały z piętra na parter, więc mogę się zamknąć. Zero szacunku dla artysty. A ja tylko siedziałam na podłodze, składałam 3 wielgachne kupy prania i śpiewałam sobie soundtrack do genialnego musicalu Milosa Formana z 1979 roku.

No przecież wiem, że wiecie, że chodzi o „Hair”.

Dziś jednak nie o filmie. Zostawiam go sobie jako największą torturę, solidniejszą nawet bardziej niż „Mamma Mia!” albo argument ostateczny, gdy ukochany będzie mnie zmuszał do oglądania „Plan dziewięć z kosmosu”. Chcesz żebym poświęciła 79 minut mojego życia na psychodeliczną opowiastkę o kosmitach? Okej, ale najpierw oglądamy „Hair”. Gwarantuję, że Dawid porzuci ten pomysł. Niestety, biedak ma ciężkie życie ze mną, ponieważ ten soundtrack towarzyszy mi wszędzie.

Powiem tak: muzyka z tego musicalu to kwintesencja lat 70tych, wypełnionych miłością i wojną, seksem i pruderyjnością, walką o głos i wolność oraz pięknie rozwijającą się tolerancją na odmienności i równością dla wszystkich. Całość podana jest w niesamowity sposób, bowiem każdy dźwięk jest właśnie w tym miejscu, w którym ma być. Muzycznie – klasa. Galt MacDermont z ekipą stworzyli wspaniałe aranżacje, wielowymiarowe, kompletne i zachwycające. W całym tym poukładaniu jest wiele miejsca na jazzowe i bluesowe korzenie, które pod postacią rock and rolla dostają jeszcze większej energii. Mam kilka swoich ulubionych utworów, które brzmią tak dobrze, że nie znudzą mi się nigdy. Jeśli zaś chodzi o wokalne dodatki, to jest jedno słowo, które idealnie pasuje do całości. Jest nim „Energia”. Niezależnie, czy to „występ” solo, czy w „chórze”. Zatem wybrałam moje ulubione utwory z tego musicalu. Zaczynamy od „Wodnika”. „Aquarius” jest świetnym kawałkiem, który wprowadza nas w nieco narkotyczny nastrój, każdy zmysł buzuje i domaga się większej ilości bodźców. Każdy nerw jest podniecony. Nie bez przyczyny utwór ten jest sztampowym i typowym kawałkiem, który pojawia się w praktycznie każdym zestawieniu muzycznym, typowym dla tej epoki. Potem przechodzimy do „Sodomy”. Tu jest dopiero nakład erotyzmu. Utwór składa się z raptem kilku wyrazów. Ale zaśpiewany jest tak, że przypomina – pónbóczku – pieśń religijną taką w typie gospel. „Donna” zahacza nieco o taki redneckowy styl, by potem zaserwować nam narkotyczny koktajl. Tekst w „Hashish” jest wręcz elementarzem dla osób, które chciałyby spróbować używek, ale nie wiedzą od czego zacząć. Dorsey Wright miażdży „Colored Spade”. „Manchester” to mój pierwszy totalny ulubieniec. Jak usłyszycie w środku nocy jakieś wycie tej piosenki, to najpewniej będę to ja, jadąc moją granatową strzałą. Podobnie mam zresztą z „I got life”. Treat Williams wyśpiewuje tu w rewelacyjny sposób poszczególne części ciała człowieka, by potem na końcu wykrzyczeć najważniejszą frazę tej piosenki (a w filmie popieprza po stole na wylaszczonym i eleganckim przyjęciu). Ale „Hair” to nie tylko film o fajnostkach i przyjemnostkach. Ten sam aktor miażdży system w „Let the sunshine in”. Śpiewa to bowiem tak bardzo głęboko, tak bardzo z trzewi, że nie ma siły – włosy się jeżą. Wyłam oglądając ten musical po raz pierwszy przy tym kawałku. Wyłam! Przecież to miał być film o lekkim, nieco przyjaranym życiu, z paletą kolorów, wolności, z wszelakimi tożsamościami i skłonnościami seksualnymi.

„Hair” to klasyk. Wielki, ponadczasowy, niepowtarzalny. Film – okej, mi pasuje. Ale to muzyka wywala mnie na lewą stronę. Jest tak strasznie prawdziwa (nawet w dzisiejszych czasach), tak bardzo inna i tak ogromnie energetyczna i poruszająca, że naprawdę szukam słów, by chociaż odrobinę wyjaśnić, jak jest dla mnie ważna, inspirująca i jak potrafi popsuć głowę. Warto przesłuchać i w całości, i w pojedynczych kawałkach.

Gosh, dlaczego ja nie mogłam żyć w tych czasach?!

Autor: Marudy

Podziel się postem
468 ad