ONA:

„Musimy porozmawiać o Kevinie” to przykład filmu, który za bardzo przeżywamy przy pierwszym oglądaniu i który zyskuje niesamowite wartości, nie tylko ze względu na bardzo fajną i ciekawą fabułę, ale przede wszystkim na sposób, w jaki został nakręcony. Bo to absolutny majstersztyk montażowy.

Khatchadourianowie to bardzo sympatycznie wyglądająca rodzina. Eva (Tilda Swinton) i Franklin (John C. Reilly) oraz ich dzieciaki: tytułowy Kevin (Ezra Miller) i Celia (Ashley). Ale sielanka jest tylko pozorna. Relacje między matką a synem, odkąd tylko mały pojawił się na świecie, są kłopotliwe i problemowe. Dla kobiety cud macierzyństwa jest zwykłym koszmarem, ale stara się mimo wszystko. Kevin nie jest łatwym dzieciakiem. A do tego jest okrutnie inteligentny i wykorzystuje okazje, żeby się diabolicznie mścić. Nawet mając kilka lat jest cyniczną bestią, która ze słodkim uśmiechem na ustach sra w pieluchy i kpi z matki. Ta relacja z każdym dniem jest gorsza, a Kevin rośnie na małego socjopatę. Jest w tym trochę winy matki, którą przepełnia irytacja, ale ona ze swoim problemem jest sama. Tragedia wisi w powietrzu, bo brzdąc z wiekiem staje się coraz bardziej nieobliczalny i za wszelką cenę chce ukarać swoją rodzicielkę. Tylko za co? Za to, że się starała, ale jej nie wychodziło, czy za to, że za mało się starała?

Jeśli chodzi o fabułę, to nie ma co ukrywać – wiemy, że stanie się coś tragicznego, bo sam montaż nam to zdradza (sekwencje filmowe nakładają się na siebie, jak w kalejdoskopie) i z każdą minutą filmu narastają w nas kolejne emocje. Nie wiemy, czy bardziej wkurza nas Kevin, czy jego matka, a może ojciec, który zdaje się nie wiedzieć problemu? Jedno jest pewne – ten film jest idealny dla wszystkich osób, które zastanawiają się czy mieć dzieci, bądź też chcą utwierdzić się w przekonaniu, żeby ich nie mieć. Cały problem tej rodziny tkwi właśnie w tym, że niedojrzałość emocjonalna nie może być leczona za pomocą nowego życia. Ale jest jeszcze coś, co sprawia, że to dzieło obejrzeć należy. Pomijając fakt, że jest świetnie zagrany, a Tilda Swinton, której nie lubię, wypada genialnie i przed i po tragedii, to niewątpliwie należy wychwalić sposób, w jaki został „sklejony”. Ten film jest dziełem, które powinno być pokazywane potencjalnym twórcom, jako wzór godny naśladowania. Mimo bardzo dramatycznego przebiegu, on jest po prostu piękny. Te wszystkie gry ze światłem i cieniem, symbolicznym kolorem i detalem, z różnymi sposobami pokazywania ludzi, ich emocji – od tych najlepszych, po najstraszniejsze, z wodzeniem nas za nos – to wszystko składa się na ruchomy obraz, obok którego nie można przejść obojętnie. Ten styl mnie zachwyca totalnie, ale przyznam szczerze – dogłębnie wpatrywałam się w niego dopiero przy drugim seansie. Wtedy historia była już mi znana i mogłam zwrócić uwagę na te wszystkie zachwycające smaczki. Najgorzej, bo teraz zdałam sobie sprawę z tego, ile takich filmów mi przeszło obok nosa…

Podsumowując: „Musimy porozmawiać o Kevinie” to film, który warto obejrzeć. Łamie on konwencje nie tylko fabularnie, ale i chronologicznie, a widzom zadaje pytanie: „Czy główna bohaterka zasługuje na taką karę? Czy sama może być sobie winna? Czy ta swoista pokuta nie powinna być wymierzona w inną osobę?” Zanurzmy to w genialnej oprawie zdjęciowo-muzycznej i mamy przed sobą niezwykle dramatyczny i emocjonalny obraz, który muruje widza w jednej pozycji.

Ps. Żadnych własnych dzieci.

ON:

„Musimy porozmawiać o Kevinie” przemknęło przez nasze komercyjne kina bardzo szybko. Nie wiem czy to wina okresu, w którym trafił do powszechnej dystrybucji, czy może bardzo trudnego tematu, jaki porusza. Trzeba bowiem ostrzec, że dzieło Lynne Ramsay nie jest lekkie, łatwe i przyjemne.

Pani Ramsay rzuca nas na głęboką, mętną wodę ludzkiej psychiki. Stara się odpowiedzieć na pytanie: jak daleko możemy się posunąć, aby skrzywdzić bliskich i jak silna jest matczyna miłość? To praktycznie film dwojga aktorów Tildy Swinton i Ezry Millera. Oni w mistrzowski wręcz sposób stają się dwoma biegunami rodzinnego konfliktu. Chociaż konflikt to nieodpowiednie słowo, to raczej swoista próba sił.

Eva Khatchadourian (Swinton) jest młodą i ale znaną już pisarka. Skupia się na swojej pracy i raczej nie myśli o rodzinie. Niestety, los chciał inaczej i podczas jednego spontanicznego wypadu z Franklinem (John C. Reilly), kobieta zachodzi w ciążę. Narracja toczy się dwutorowo, z jednej strony zobaczymy Evę w okresie ciąży oraz we wczesnym okresie dzieciństwa Kevina, a z drugiej zaś strony mamy tą samą, ale wyniszczoną przez życie kobietę, która mieszka sama w maleńkim domku, notorycznie obrzucanym przez sąsiadów czerwoną farbą. Co jest tego powodem? Co takiego się wydarzyło, że całej jej życie legło w gruzach? Odpowiedzi na wszystkie pytania będziemy otrzymywać wraz z kolejnymi scenami. Widzowi ciężko jest tak naprawdę poprzeć jedną ze stron. Kobieta bowiem wielokrotnie zachowuje się tak, że nie jedno dziecko chciało by się odegrać za jej czyny, a Kevin zaś ma cechy człowieka opętanego przez demona. Jego dzikość i perfidna złośliwość potrafią wyprowadzić z równowagi. Wzajemne relacje tylko nakręcają tą spiralę nienawiści, a po środku konfliktu zostają zaś Franklin i drugie dziecko – córka Celia. Dla ojca syn jest niegroźnym i spokojnym dzieckiem, nastolatkiem, z problemami jak każdy w jego wieku. Wszystko dlatego, że chłopak jest świetnym aktorem i potrafi przywdziać odpowiednią do danej chwili maskę. Obraz jest bardzo symboliczny i wiele scen jest specjalnie uwypuklonych po to, aby widz łatwiej zinterpretował sobie poszczególne ich elementy. Mowa tu o przewijającym się kolorze czerwonym. Farbie, którą oblany jest dom Evy, jej powtarzającym się rytuale oczyszczania werandy. Czy jest to jej prywatne odkupienie za to, co się stało? Pomimo, że otrzymujemy odpowiedzi na wszystkie pytania, to cały czas gdzieś czujemy, że czegoś brakuje, że nie wszystko zostało wyjaśnione. I tak jest, czujemy pewien niedosyt.

Nawet długo po seansie potrafimy zastanowić się nad celem i sensem macierzyństwa, nad tym, jak powinien wyglądać idealny model rodziny i wychowania dzieci Zapytamy się czy można było uniknąć tragedii, a jeśli tak, to w jaki sposób? Najstraszniejsze jest jednak to, że taka historia mogła/może przydarzyć się każdemu z nas i nawet wiedza, jaką otrzymamy po seansie „Musimy porozmawiać o Kevinie”, może wydać się niewystarczającą, aby uchronić się przed podobnym losem. Kino ciężkie jak diabli, ale obowiązkowe, dla każdego przyszłego rodzica.