ONA:

Przekonałam się nie raz o tym, że dobrze zrobiona ścieżka dźwiękowa w filmie, nadaje mu zupełnie innego charakteru. I analogicznie – spartaczona muzyka nawet najlepsze dzieła może zmasakrować. Jestem wielką fanką tego, co robi John Williams, bo dzięki niemu „Szczęki” miały odpowiednio zbudowane napięcie, a w „Star wars” każda nuta idealnie wpasowywała się sceny. John Williams is the man! Drugim ulubieńcem natomiast, jest Hans Zimmer, którego dzieła wyciskały ze mnie łzy w „Królu lwie”, w „Pearl Harbor”, w „Lepiej późno niż później”. No i on też stworzył muzykę do przygód mojego ukochanego Sherlocka Holmes’a, do nolanowskich wersji Batmana, ba – nawet do madagaskarowej historii uciekinierów z Zoo w Central Parku. Ale jest jeden film, którego soundtracka ukochałam sobie najbardziej…

Film z 1994 roku, w reżyserii Quentina T. Już wszyscy wiedzą? Tak! Moją ulubioną ścieżką dźwiękową w filmie jest to, co dostałam i usłyszałam w „Pulp Fiction”. Od pierwszych scen zachwycam się ciągle nieustanie tym, w jaki sposób utwory zostały dobrane. Zresztą, to cecha charakterystyczna w filmach Tarantino. On do muzyki podchodzi zupełnie inaczej. On szuka starych, zakurzonych płyt, które idealnie wpisują się w kolejne sceny i ujęcia. Ale dla mnie to coś więcej. Dzięki filmom Tarantino mogę poznać coś nowego. Coś, co nie jest klasycznym heavy metalem, coś, co nie zostało wyśpiewane przez Freddiego. Na przykładzie soundtracka do „Pulp fiction” – zakochałam się w „Let’s stay together” i teraz łykam wszystko, co tylko zostało wyśpiewane przez Ala Green’a. „Lonesome Town” to piosenka ekstremalnie refleksyjna, taka która potrafi wydusić łzy. A „Son of a Preacher Man” kawałek stymulujący. Wszystko. Tylko proszę, nie w wykonaniu Joss Stone. Dusty Springfield zaśpiewała to idealnie, a panna Stone, jak tylko otwiera usta, popełnia okrutną zbrodnię. „If love is a red dress” słucham właśnie teraz. I gdy Maria McKee wchodzi w swoje wysokie partie, ja mam gęsią skórkę wszędzie, gdzie tylko to możliwe. Z części kawałków „instrumentalnych” – uwielbiam „Surf rider”, szczególnie jadąc samochodem, z otwartymi oknami i wiatrem we włosach. No i „Misirlou”, bo wtedy wydaje mi się, że pod maską mam jakąś solidną krowę, a nie silnik o pojemności 1.0.

W ogóle idealnym miejscem, w którym uwielbiam słuchać ścieżki do „Pulp fiction” jest mój samochód. Mogę recytować z pamięci fragmenty filmu, które pojawiają się, mogę drzeć się do woli i próbować przebić Marię i Dusty. I co najważniejsze – nagle wydaje mi się, że mój mały (ale uroczy) opel corsa, staje się stylową bestią, w coś na kształt Chevroleta Chevelle Malibu.

Kocham to, w jaki sposób połączone są różne gatunki, jakże stylowej muzy, a to wszystko w jednym filmie. Klimat oddany jest bezsprzecznie. I tak jak sam film, który był przełomowy w historii kina, tak też muzyka w nim zrobiła ogromny krok naprzód. Co z tego, że mamy różne rodzaje, różne tempa, różne formy muzyki, do tego wymieszane z kultowymi cytatami? Całość nie jest chaosem. Nie jest galimatiasem. Całość jest gotowa do spożycia. Dla mnie absolutny numer jeden. I film, i muzyka.