ONA:

To był mój pomysł, żeby obejrzeć „Syrianę”. Ale właściwie co się dziwić? Jestem heteroseksualną kobietą, a w tym filmie gra i Clooney, i Damon. Ten duet jest tak dobry, jak lody waniliowe z polewą toffi. Albo jak truskawki i śmietana. Po prostu nie marzysz o niczym innym, tylko o tym by znaleźć się pomiędzy nimi. George z każdym kolejnym rokiem staje się coraz przystojniejszy, a ta zalotna siwizna dodaje mu niemożliwego wręcz uroku. I te oczy. To spojrzenie. I ta żuchwa… A Matt? On fizycznie niewiele zmienił się od czasów „Buntownika z wyboru” – kiedy tylko pojawia się na ekranie ja mimochodem zapominam o całej reszcie. Mogę wpatrywać się w niego godzinami. I obawiam się, że ten duet, w połączeniu z szalejącymi hormonami sprawił, że zapomniałam o całym świecie i wybrałam taki, a nie inny film. Teraz mogę mieć sama do siebie pretensje.Cały film bardzo mocno związany jest z arabskimi krajami, które kulturowo i społecznie są totalnie różne od tych, do których my jesteśmy przyzwyczajeni. Obozy polityczne tam dzielą się na tych konserwatywnych, którzy za wszelką cenę chcą utrzymać dotychczasową codzienność, a także na tych, którym marzą się zmiany, by przybliżyć się nieco ku Zachodowi. I właśnie w taką realność wchodzą bohaterowie „Syriany”, a co za tym idzie – i my, widzowie. Ten film w całości opiera się na zderzeniu, na relacji typowego bliskowschodniego państwa z USA. A o co chodzi? Przecież to oczywiste: ropa, wielka kasa, panowanie i pokazywanie kto ma większego, potężniejszego ptaka. Jedni wykonują niezbyt korzystne ruchy względem drugich, więc ci drudzy postanawiają za wszelką cenę ochronić swoje interesy. Fuzje, korupcje, podkopane autorytety, zerwane umowy, a to wszystko polane koktajlem z zupełnie różnych kombinacji społeczno-politycznych.

Może to wszystko brzmi dobrze, intrygująco, ale dla mnie ta pozycja okazała się totalnie nietrafiona. Podejrzewam, że gdybym była większym koneserem polityczno-gospodarczych filmów, a nie tylko filmów, w którym grają dwa ciacha, przez których skwierczę jak masło na patelni, to oglądało by mi się to dzieło dużo lepiej. Niestety, moja uwaga z każdą kolejną sceną była coraz bardziej obniżona. Mam całkiem spore wrażenie, że „Syriana” to dobry film, ale jego długość i namnożenie wątków zabiły mnie totalnie. Splątane relacje, układy i układziki wymęczyły mnie do tego stopnia, że głowa poleciała mi kilka razy. Jestem chyba bardziej przyzwyczajona do akcji, do napięcia, niż do wzajemnego lizania się po tyłkach. Chociaż nie, to nie było lizanie się po tyłkach. To było stroszenie piórek: „Patrz, jaki jestem potężny!” „Co Ty tam wieeeesz! Patrz na mnie!”. Bez dwóch zdań film dotyka ważnych tematów, a jego dość analityczne przedstawienie pewnie tu dużo bardziej pasuje, niż wartkie, nieco „połebkowe” skakanie, ale mnie niestety wymęczył. Może kiedyś, przy bardziej sprzyjających okolicznościach, będzie dane nam spotkać się ponownie.

Obiektywnie: film ma bardzo dobre wykonanie i całe „tło”, ale sama historia nie porywa.

ON:

Wciągając się w szpiegowskie klimaty nie może oczywiście zabraknąć Bliskiego, jak i Dalekiego Wschodu. Wiadomo, na Arabską ropę ostrzą sobie zęby rządy wielu krajów. Rejon Zatoki Perskiej często był celem między innymi Amerykanów. „Syriana” w reżyserii Stephena Gaghana, snuje się powoli jak strumień gęstej ropy. Niestety, nic z tego strumyczka nie będzie wielkiej rzeki.

Zapowiadający się dobrze film z CIA w tle, stał się smutną rozprawką na temat tego, że Zachód jest zły, amerykański rząd to dwulicowe chujki, a arabscy władcy nie potrafią pojąć na tyle poważnej decyzji, która pozwoli postawić ich kraj na nogi. Są cały czas zmanipulowanymi marionetkami tańczącymi w rękach „wroga”. Jedynie zwykli ludzie starają się wziąć sprawy w swoje ręce i stąd bierze się terroryzm. Dlaczego? Bo jednostka słaba uważa, że zostanie wysłuchana tylko w momencie, w którym użyje przemocy. Możliwe, że tak było, ale po 9.11 nie negocjuje się już z terrorystami.

Wielowątkowość „Syriany” nie do końca wychodzi jej na dobre, przeplatające się wzajemnie historie są trochę chaotycznie opowiedziane, a mnogość postaci czasami potrafi doprowadzić do szału. Następstwa kolejnych czynów są namacalne. Zwykły zjadacz chleba nawet nie zdaje sobie sprawy jak wiele musi się wydarzyć, aby na stacjach benzynowych pojawiło się paliwo. Nie mówię już o samej logistyce, ale o naciskach korporacji, wzajemnych przepychankach lokalnych kacyków itd. Z wielkich potęg pojawiły się małe, biedne kraje, których ludność żyje w ubóstwie i tylko szejkowie oraz ich rodziny żyją w złotych domach, mając wszystko czego dusza zapragnie. Wydaje im się, że są wolni, ale tak naprawdę to Zachód kieruje ich poczynaniami.

W opowieści Gaghana mamy czterech głównych bohaterów: agenta CIA, młodego doradcę, pomagającego w inwestycjach młodemu księciu, pretendentowi do tronu, owego księcia oraz mężczyznę, badającego pewną dziwną fuzję dwóch spółek. Okazuje się, że praca każdego z nich ma wpływ na innych z tejże czwórki, chociaż mogą sobie nie zdawać z tego sprawy. I pomimo tego, że każdy z nich robi coś innego wszystkie drogi prowadzą w jedno miejsce, na pola ropy.

„Syriana” to bardzo dobrze zagrane kino, które jest po prostu nudne.