ONA:

Nienawidzę upałów i tyle. Mam konsystencję rozbitego jajka i przelewam się przez palce. Jestem sfuczana, spocona, dzieciaki są nieznośne, ja zresztą też. Pies nie chce jeść, co mnie martwi. Ludzie na drogach przypominają ameby. Okej, może gdybym spędzała urlop na jakieś plaży, to błagałabym o żar lejący się z nieba, ale skoro szans na leżenie plackiem na słońcu nie ma, no przynajmniej nie w najbliższym czasie, pozostaje mi jęczenie, siedzenie w przeciągu i pryskanie się wodą termalną w spray’u. Na ochłodzenie bardzo dobrze działają też wszelkiego rodzaju drinki, a musicie wiedzieć, że w ich robieniu jestem naprawdę dobra. Czasem tylko wychodzą mi w kolorze kałużowym… Ostatnio odkryliśmy, że jest jeszcze jeden, całkiem dobry sposób na przetrwanie upałów. Należy przewietrzyć pokój, zdechnąć na kanapie (z drinkiem, oczywiście) i obejrzeć jakiś „zimny” film. Jako, że „Pojutrze”, które lubimy bardzo, nie chcemy żeby nam zbrzydło, wybraliśmy coś innego. Padło na „Frozen”, lekką bajkę, na punkcie której oszalał cały świat…

…a mi podobała się „tak sobie”.

Nie zrozumcie mnie źle, lubię oglądać bajki, czasami są świetną formą rozrywki, plus pracując z dziećmi czy się chce, czy nie, trzeba być „w temacie”. Mam kilka ulubionych animowanych historii, ale prym wiodą „Auta” i „Jak wytresować smoka” (cz. 1 i 2). To dla mnie, widza, który zdecydowanie woli sensacje, jedyna interesująca opcja. W całej tej historii, która przede wszystkim przecież skierowana jest do dzieci, musi być coś, co rozśmieszy też dorosłą osobę. W „Krainie lodu” były dwa takie elementy: jeden to renifer, który „charakternie” strasznie przypominał mi naszą Bowie, a drugi to bałwanek Olaf, któremu w bardzo uroczy sposób głos oddał w polskiej wersji językowej Czesław Mozil.

Cała historia rozgrywa się „jakiś czas temu”, kiedy małe księżniczki – Anna i Elsa są jeszcze małymi dziewczynkami. Podczas niewinnej zabawy starsza odkrywa, że ma moc – włada zimnem (ale nie tak jak #typoważona 5 lat po ślubie). Anna prosi swoją siostrę, by ta wyczarowała jej śnieg. Księżniczki bawią się cudownie, aż do chwili, w której Elsa przypadkowo trafia lodowym odłamkiem małą w głowę. Przerażeni rodzice dziewczynek niosą Annę do trolli i tam ich wódz ratuje ją, wyjmując odłamek i wymazując jej pamięć. Poucza też pozostałych, że moc Elsy będzie rosła, co może zagrażać. Rodzice postanawiają zatem odseparować dziewczynki od świata i samych siebie. Mijają lata. Podczas sztormu giną rodzice, a Elsa, z racji, że jest starsza, gdy tylko wejdzie w pełnoletność zostanie koronowana na władcę Arendell. Tak też się dzieje. I wydawać by się mogło, że nic nie może zakłócić tak ważnego wydarzenia, a jednak! Anna, która wyrosła na śliczną i bardzo spontaniczną dziewczynę, postanawia wyjść za mąż za świeżo poznanego Hansa. Oj no, wszystkie miałyśmy w życiu takie durne pomysły… I kiedy nowa królowa kategorycznie nie zezwala na ślub, pod wpływem emocji przestaje panować nad swoimi zdolnościami iii… zmienia całe królestwo w krainę lodu. Od razu jej poddani zaczynają podejrzewać ją o bycie wiedźmą, więc Elsa ucieka. Młodsza siostra nie daje jednak za wygraną i postanawia ją odnaleźć. Pozostawia królestwo pod władaniem swojego „prawie” narzeczonego, a sama udaje się w białą przestrzeń. Wkrótce dołącza do niej handlarz lodem, Kristoff, jego sympatyczny renifer i bałwanek, którego dawno temu stworzyła Elsa…

No przyznacie – fabularnie to taki trochę zbitek znanych bajek, które podrasowano świetnym wykonaniem. Do tego wszystkiego ta animacja jest „mocno” śpiewana, a piosenki towarzyszą nam od początku, do końca. Oczywiście mamy tu dobro, zło, ale nie są one w tak oczywisty sposób ulokowane. Wydaje mi się, że tu bardziej chodzi o akceptację i walkę z samym sobą, niż o typową walkę o władanie nad światem. Miłość jednak jest w stanie pokonać wszystko i stopić nawet największą górę lodu.

Historia, pokazana we „Frozen” jest lekka i przyjemna, nie porwała mnie, ale też nie zawiodła. Można się czepiać jakiś bzdur, ale z pewnością nie można jej odmówić tego, że jest brawurowo i perfekcyjnie zrealizowana.

ON:

W gorące dni najlepiej obejrzeć film opowiadający o zimie. Może wtedy będzie można poczuć się jak w chłodnej, kryształowej komnacie, w której temperatura powietrza wynosi kilka stopni powyżej zera. Tak też zrobiliśmy. Gdy za oknem słupek rtęci dochodził do 44*C w słońcu, my oddaliśmy się chwili relaksu w towarzystwie „Frozen”.

Ta inspirowana bajką Hansa Christiana Andersena opowieść. jest wyjątkowym doznaniem wizualnym, które niestety zawodzi w sferze scenariuszowej. Przyzwyczajeni bowiem jesteśmy do bajek, które poza częścią moralizatorską. mają także element komediowy. Znajdziemy takowy i tutaj, ale czy postać bałwanka Olafa i renifera Svena to wystarczająco dużo, aby uratować przeciętną historyjkę?

Od razu mówię, iż oceniam animację z punktu widzenia dorosłej osoby, która w takich filmach doszukuje się drugiego, specjalnie przygotowanego przez twórców dna. Tak przeważnie bywa we wszystkich animowanych produkcjach, niezależnie do tego z jakiej wytwórni pochodzą.

W królestwie Arendelle mieszkają dwie siostry: młodsza Anna oraz starsza Elsa. Wiele lat temu, gdy obie były jeszcze dziewczynkami, wydarzył się straszliwy wypadek. Posiadająca wrodzoną moc Elsa razi lodowym pociskiem swoją siostrę i ta pada nieprzytomna. Rozsądny władca i jednocześnie ojciec dziewczynek zabiera córki do górskich trolli, które pomagają zdjąć urok. Niestety, wiąże się to z wymazaniem wspomnień Anny. Dziewczynki dorastają, rodzice niestety odchodzą, a dorosłe już panny będą kierować królestwem. Podczas koronacji Elsy nie ma żadnych ekscesów. Starsza z dziewcząt opanowała swoje moce i nie doszło do żadnej tragedii. Inaczej sprawy się mają podczas wieczornego balu. Anna poznaje przystojnego księcia, zamieszkującego sąsiednie krainy i dość szybko się w nim zakochuje. Widać facet ma gadane i wie jak sprawić, żeby kobiecie zmiękły kolana i majtki zrobiły się wilgotne. Niestety, nowa królowa nie chce pobłogosławić związku z nieznajomym, bowiem uważa, że wszystko wynikło za szybko. Oczywiście następuje zamieszanie, a rozemocjowana Elsa używa swojej lodowej mocy. Robi to jednak na skalę globalną i całą krainę okrywa gruba warstwa białego puchu. Rozpoczyna się chaos. Przerażeni mieszkańcy nie wiedzą co czynić, Anna wyrusza na poszukiwania siostry, a królestwem zajmuje się niedoszły mąż młodszej z sióstr. Niespodziewanie, podczas poszukiwań zaczyna pomagać jej niejaki Kristoff i jego wierny renifer Sven, a po pewnym czasie do grupy dołączy bałwanek Olaf. Jak w każdej takiej opowieści będzie raz wesoło, a raz strasznie. Przez ekran przewiną się dziesiątki przeróżnych postaci, które mają różne zamiary.

Dorosłym we „Frozen” najbardziej spodoba się animacja i niektóre komediowe momenty, dzieciaki będą zachwycone całą produkcją, która jest pełna piosenek i kolorowych kadrów. Niestety, spodziewałem się czegoś więcej, ale trzeba przyznać, że pomysł na taką „Królową śniegu” był całkiem oryginalny.