ON:

Dziś trzeci, ostatni dzień, z męskim kinem wojennym. Do tej pory mieliśmy dwa naprawdę wyjątkowe niemieckojęzyczne filmy, które zaliczają się do kanonu kina. Dzisiaj postanowiłem zabrać się za współczesną, rosyjską produkcję, a jej tytuł to „Stalingrad”.Nie można mylić filmu Fedora Bondarchuka z opowieścią Vismaiera z 1993 roku. To zupełnie inne kino. W dwóch, ostatnio opisywanych dziełach, nie było ani krzty patosu, za to w rosyjskojęzycznej produkcji jest go na tony. Propaganda wylewa się z ekranu, pokazuje Armię Czerwoną w bardzo dobrym świetle. Postacie są płaskie i wyidealizowane, brak tu mocnych charakterów. Rosjanie są dobrzy, Niemcy zaś źli.

Narratorem opowieści jest jeden z ratowników, biorący udział w akcji w Takashimie. Gdy dociera do uwięzionej pod gruzami studentki, by podtrzymać ją na duchu, zaczyna opowiadać historię jego matki, młodej Rosjanki, uwięzionej w okupowanym Stalingradzie. To także opowieść o pięciu zwiadowcach Armii Czerwonej, zaciekle broniących opuszczonego domostwa. Okazuje się, że budynek ten ma ogromne znaczenie strategiczne, co za tym idzie kolejne dni mijają na próbach odbicia kamienicy przez nazistów. W międzyczasie poznajemy historię Katyi, zamieszkującej wspomniany budynek. Kobieta ta znajduje się pomiędzy młotem a kowadłem. Z jednej strony „wyidealizowana” Armia Czerwona, z drugiej bezlitośni naziści. Tutaj także rozwija się wątek miłosny pomiędzy kobietą a jednym z mężczyzn.

Po drugiej stronie barykady stoi oficer Peter Kahn, facet trochę inny niż reszta niemieckich żołnierzy. Przede wszystkim nie jest sadystą, nie bawi go bezsensowna przemoc, poza tym bierze pod swoją opiekę Mashę, bowiem przypomina mu jego zmarłą żonę. Dochodzi do momentu, w którym piękna kobieta jest ważniejsza niż rozkazy ze sztabu.

W tle mamy wojnę, na pierwszym planie dwie historie miłosne oraz starcie dwóch silnych bohaterów – dowódcy zwiadowców i Khana. Niby cała historia jest interesująca, ale przekombinowana i czasami wręcz absurdalna. Walki w okopach przypominają sceny z Matrixa, rosyjscy żołdacy wywijają piruety w powietrzu, śmigają pomiędzy kulami i w piątkę wykańczają pół niemieckiego batalionu. Znajdziemy tutaj szarżę płonącej piechoty, strzelanie do Niemca przy wodopoju, udawanie trupów i smarowanie się roztrzaskanym mózgiem.

W całej tej opowieści jest jednak coś, co mnie przeraża. Produkcja od przyjaciół za wschodniej granicy zrealizowana jest w sposób bardzo widowiskowy. To rodzaj kina, którego polska kinematografia nie dogoni nawet za 20 lat. Scena ze spadającym samolotem, wybuch pocisku z armaty, płonące zbocza nad brzegiem rzeki, to tylko kilka scen, które potrafią zaprzeć dech w piersi.

„Stalingrad” z 2013 roku jest płytki, głupi i przewidywalny, jednocześnie jest cholernie widowiskowy, co powoduje, ze dwie godziny mijają jak z bata strzelił. Ogląda się to dobrze, ale jest to film naraz. Daleko mi od epickich opowieści pokroju „Wroga u bram”, czy „Pearl Harbor”, ale nadal jest to lepsza opowieść niż „Westerplatte”.