Sex Education – recenzja

Sex Education - recenzja1

Sex Education – recenzja

I to jest ten moment, kiedy żałuję, że mam całkiem fajną i satysfakcjonującą pracę, a nie jestem jakimś tam uczniem, czy studenciną, bo najchętniej, już po pierwszym odcinku, zakopałabym sie pod kołderką, po uprzednim ogrzaniu termometru na kaloryferze, ew. symulowałabym klasycznego porannego pawia, przy pomocy Kubusia bananowego. Byle tylko nie musieć odrywać się od serialu, który mnie wciągnął na maksa. Wszyscy zachwycili się tą produkcja – zachwyciłam się też ja.

8 rewelacyjnych, słodko-gorzkich odcinków „Sex Education” to nie tylko świetna historia o młodych ludziach, ale też trochę refleksja nad cielesnością, bliskością, intymnością i… relacjami z dorosłymi, głównie rodzicami i nauczycielami.

Otis (Asa Butterfield) to młody chłopak, samotnie wychowywany przez swoją matkę, sex-terapeutkę. Jean (Gillian Anderson – z roku na rok coraz bardziej apetyczna) całe życie uczyła go o tym, że trzeba rozmawiać, że seks to żaden wstyd, blablabla. Nic dziwnego, że chłopiec schował się do swojej skorupy i nie za bardzo wie jak wyjść.

Otis ma przyjaciela, Erica, który jest gejem, o czym wiedzą wszyscy, poza najbliższymi. Jest także Meave – zadziorna i bardzo inteligentna punkówa, do której przykleiła się łatka puszczalskiej, jest typowy bad boy – Adam, prywatnie syn dyrektora szkoły, do której bohaterowie uczęszczają. Są kujony, gwiazdy, sportowcy – słowem: klasyczne liceum. Jedne z powodu nadużywania zioła nie umie dojść, inna nie potrafi zrobić laski, ktoś inny zaraża wszystkich wszami łonowymi, a jeszcze ktoś inny próbuje usilnie stracić cnotę, z wątpliwym skutkiem.

Generalnie cała szkoła wydaje się mięć jakiś problem z seksem. Cwana Meave wpada na genialny pomysł: ona ogarnia sprawy finansowe, a Otis, bazując trochę na wiedzy wyniesionej z domu, robi za szkolnego sex-terapeutę. Przy okazji trochę zmienia się jego podejście do „tych spraw” w mega uroczy i komiczny sposób. Chodzi oczywiście o dziewczyny. Nie, nie jedną.

Jest serio słodko-gorzko. Bo z jednej strony dowcip jest konkretny, mocny, przepełniony przekleństwami i sarkazmem, a z drugiej jest trochę refleksyjnie, bo pojawia się tu dużo ciężkich tematów, które można objąć jedną klamrą: popieprzeni dorośli wpływają na życie nastolatków jak nikt.

Mama Otisa bo dość dużą… nazwijmy to: przyswajalność. Drzwi do jej gabinetu i sypialni się nie zamykają. Związku nie szuka. Dyrektor szkoły to trochę ogór, który najbardziej męczy swojego syna. Chyba liczył, że skoro on jest taki och i ach, to jego dziecko też takie będzie. No cóż, nie jest. Czarnoskóry ojciec Erica za wszelką cenę chce, by jego dziecko dostosowało się do ludzi, a z kolei Eric za wszelką cenę chce się wyróżnić. Meave rodziców nie ma. W sensie nie jest sierotą, ale matka ćpa, a ojciec się zwinął. Z kolei matki Jacksona są na skraju rozwodu. Jedna chorobliwie pcha syna w stronę sukcesu, a druga… no druga się o to z nią kłóci.

Serial jest rewelacyjny. Szalenie klimatyczny z mega charakternymi bohaterami. Trochę bawi, trochę uczy, trochę otwiera oczy. Tak, postaci są nieco przerysowane, a ja ciągle zachodzę w głowę gdzie w Wielkiej Brytanii jest taki region, w którym zawsze świeci słońce. Ale to idealny pomysł na wieczorne odmóżdżenie.

Już czekam na kolejny sezon!

Tagi: Sex Education – recenzja, filmy recenzja, recenzje filmów, marudzenie, blog popkulturowy, blog marudzenie, blog recenzencki, Netflix, serial

Autor: Paulina W

Podziel się postem
468 ad