ON:

Wczoraj poszliśmy do kina na „Karbalę”. Poszliśmy dlatego, że jakiś czas temu widziałem trailer i ktoś wspominał, że to dobry film jest, bo to opowieść o polskich żołnierzach itd. Ponieważ ostatnio udaje się nam trafić na całkiem przyzwoite filmy polskie, postanowiłem dać tej produkcji szansę.

Oczywiście, w Polandii zbieranie kasy na filmy wygląda trochę inaczej, niż za wielką wodą. W Sieci mówi się, że budżet filmu to około 12 milionów złotych, czyli jakieś 3 miliony euro. Przed samym filmem mamy okazję zobaczyć, który ze sponsorów wyłożył kasę, a przyznać trzeba, że ich lista jest dość długa. Spokojnie, jeśli wypadnie Wam z pamięci, kto się na niej znajduje, to przed napisami końcowymi będziecie mogli sobie obejrzeć ją jeszcze raz.

To, co działo się w Karbali w 2004 roku, dość długo owiane było tajemnicą. Czytając dziś rozmowę z jednym oddelegowanych do tego miejsca żołnierzy, otrzymuję niewielką liczbę dodatkowych informacji na temat tego, co wydarzyło się w przeciągu tamtych kilku dni. Jak Mariusz Anyszek sam opowiada: “To, co pokazane jest w filmie, czasem odbiega od tego, co widziałem na własne oczy.” Całym pierdolnikiem kieruje kapitan Grzegorz Kaliciak, w filmie gra go Bartłomiej Topa. Twardy, znudzony wojną i tym co widział człowiek. Trzeba przyznać, że w tej roli Topa daje radę. Naprwadę podobała mi się jego kreacja. To trep z amerykańskich opowieści wojennych. Czasem krzyknie, czasem pocieszy, zawsze staje po stronie swoich żołnierzy. W sytuacjach kryzysowych nie boi się podjąć odpowiednich decyzji. Gdy dochodzi do zagrożenia życia, jest zwykłym facetem, który obawia się o swoje i innych życie.

Karbala wydawała się bardzo spokojnym miejscem. Wojska koalicji, w tym polskie i bułgarskie, otrzymały za zadanie utrzymanie miejskiego ratusza, w którym znajdowało się więzienie, a także siedziba władz. Łącznie na miejscu przebywało około 80 żołnierzy, którzy dostali jedno zadanie. Nikt nie spodziewał się, że na ulicach zapanuje piekło.

W mieście rebelia zaczęła się w południe: pierwsze eksplozje i wybuchy. Na ulicach wysadzali się samobójcy. Polskimi BRDM i bułgarskimi BMP (transportery uzbrojone w działka i karabiny) żołnierze zastawili wejście do City Hall. Budynek otaczało specjalne ogrodzenie, zbudowane z konstrukcji wielkich worów, wypełnionych ubitą ziemią i gliną, otoczonych siatką,. W każdym oknie na piętrach ustawiono karabiny maszynowe. Tylko jeden z nich miał noktowizor. Rebelianci o tym wiedzieli – mają swoich szpiegów i podsłuchy. Najgorsze było to, że dla wielu młodych było to pierwsze doświadczenie bojowe. Walki trwają praktycznie trzy dni. Polacy i Bułgarzy odcięci się od łączności i dostaw sprzętu, walczą przy pomocy tego, co mają pod ręką.

Historia, która wydarzyła się w Karbali, jest przykładem tego, że Polacy to waleczny naród. To także podwaliny pod dobry film. Niestety, trafiło na polską kinematografię. Widać tutaj braki, których nic nie jest w stanie naprawić. Poza niesamowicie autentycznym Topą i świetnym Shopovem, który gra kapitana Gepova, ciężko mówić tutaj o wybitnych rolach. Radę daję, ale tylko momentami Michał Żurawski, podobnie jest z Leszkiem Lichotą. Reszta obsady jest po prostu papierowa. W amerykańskich filmach jak ktoś napierdala z kałacha, to ostrzeliwani kolesie klną i robią to z przekonaniem. Tam kurwa brzmi soczyście i siarczyście, u nas kurwa była nijaka, bez emocji. Dodatkowy minus należy się za sceny batalistyczne. Rozumiem, że była noc i chciano zachować pewną autentyczność, ale sceny te są po prostu brzydkie. Daleko im do tego, co pokazuje Zachodnie kino. Największy jednak żal mam za wąskie kadry. To potwierdzenie tylko tezy, że brak kasy uniemożliwił zbudowanie „prawdziwego” planu. Przez to film jest bardzo hermetyczny i to widać. I jeszcze jedna rzecz: zdjęcia, za które odpowiada Arkadiusz Tomiak. Są one bardzo nierówne. Znajdą się tutaj kadry, które spokojnie mogły się znaleźć w amerykańskich filmach o wielkich budżetach, ale jest ich bardzo niewiele. Większość ujęć męczy, może przez te wspomniane wąskie kadry, które mają ukrywać braki planu filmowego.

W całej tej nijakości jest jednak duża dawka dobrego kina. To na pewno jedna z lepszych produkcji wojennych, jaka wyszła spod polskiej ręki. „Karbala” nie zachwyca, ale mocno walczy o zainteresowanie widza, a to duży plus. I za to należy się kciuk w górę.

ONA:

Bolała mnie głowa, dzień był bardzo na „nie”, dopadł mnie głód o złej porze i do tego wieczór miałam spędzić w towarzystwie polskiego filmu wojennego. Bosko, poważnie. Byłam skrajnie zniechęcona. Nie ogarniam tego, jak można rok rocznie wypluwać tyle filmów wojennych, bo przecież temat WWII, komuny i wszelkich innych zrywów zbrojnych, jest chyba najpopularniejszy w rodzimej kinematografii, i ciągle robić to marnie. O dziwo „Karbala” nie była bardzo marna. To znaczy była. Zestawiając tę produkcją z nawet najbardziej bzdurnym i wykonanym filmem wojennym z Fabryki Snów, wygląda po prostu żałośnie.

Jacek Braciak, w swoim pamiętnym wystąpieniu w programie Kuby Wojewódzkiego, obnażył bardzo boleśnie to, jak robi się polskie kino akcji. Uzbierali milion dwieście tysięcy euro, mają czołgi z kartonu i są wyobcowani przez Niemców. Tymczasem groza wojny w amerykańskim filmie to spektakularność. To zapierdalające helikoptery, napalm, strzelanie. U nas tego nie ma. I niestety, w „Karbali” też nie było.

Karbala to miasto w Iraku – to tam działa się cała akcja filmu Krzysztofa Łukaszewicza. Do momentu promowania dzieła, nie miałam zupełnie pojęcia o tym, co się tam działo w 2004 roku. Unikam takich tematów, poważnie, ale właściwie rodzime media niewiele o tej historii mówiły. A działo się wiele. Polski i bułgarski kontyngent przez 3 dni dzielnie bronił ratusza, przed zmasowanym atakiem radykalnych szyitów. Misja była praktycznie nie do wykonania. Każdy kolejny szturm mógł być ostatni…

Jak widać – fabuła skrajnie wojenna. Ale „miło” jest odciąć się od kolejnych filmowych wersji Powstania Warszawskiego. Historia, pokazana w „Karbali” jest naprawdę świetna, więc dziś słów czepiać się nie będę. Nie trzeba być tęgą głową i znawcą kinematografii, by właśnie w tych prawdziwych losach widzieć największy potencjał. Bohaterowie tych wydarzeń nie zostali należycie uhonorowani. Film też to pokazuje. W wikipedii przeczytałam, że „Nagradzanie jest prowadzone bez rozgłosu, ponieważ oficjalnie polscy żołnierze nie brali udziału w bitwie.” – cóż, polityka zagraniczna naszego kraju trąci żałosnością. I tak sobie myślę, że to właśnie dla nich warto pójść do kina. By poznać tę historię…

I właściwie – tylko dlatego. „Karbala” to film wojenny, który niestety przypomina zabawy dzieci z kijami, w lesie. Nie wiem gdzie są Ci wszyscy absolwenci filmówek. To takie prestiżowe uczelnie, gdzie by dostać się, to trzeba mieć niesamowite umiejętności i pokonać wiele innych osób. Gdzie oni są? Ten film zmontowany jest tragicznie. O udźwiękowieniu nie ma mowy. Po obejrzeniu „Ocalonego” z Wahlbergiem wiem, że się da. W recenzji tego dzieła napisałam Wiecie czym ten film deklasuje wszystko i wszystkich? Realizmem, prawie mieszającym się z brutalnością. Sceny walki, strzały, próby ucieczki, upadki ze skał, stłuczenia, otarcia, złamane kończyny – to wszystko jest tak strasznie autentyczne i przerażające, że z niesmakiem, ale i zafascynowaniem oglądamy dalej. Ten film nie daje nam chwili odpoczynku, ani wytchnienia. Tam ciągle jest akcja, ciągle się coś dzieje, a bohaterom ciągle coś zagraża. Nie ma przestojów, nie ma spowolnień – kule latają nam blisko głowy, kamera jest bardzo dynamiczna, a w tle wisi tragedia.” W filmie Łukaszewicza nie ma ani jednego z tych elementów. Jest nędznie i zaraz Wam powiem na czym ta nędza polega. Nie ma tu za grosz realizmu. Świece dymne i „wybuchy” petard – to wszystko, co tu znajdziecie. Brzmi to tragicznie. Latające kule przypominają komary, maksymalnie osy. Nie ma tu furii, nie ma wściekłości. Nie wystarczy kilka przekleństw i kilka zbliżeń, by oddać grozę wojny. A właśnie – zbliżenia. To dobre dla „przerywników”, nie można robić kina wojennego bazując na tak wąskich kadrach. Czego się bali twórcy? Że się zorientujemy, że film był kręcony w Komprachcicach? Oczywiście, że się zorientowaliśmy. Strasznie źle jest ten film złożony do kupy. Technicznie jest rozpacz. Aktorsko? Topa daje radę i właściwie tyle. Młody Królikowski nie ma się czym pochwalić. Jego rola była przemilczana, a w chwilach, kiedy się odzywał, wyglądało to rozpaczliwie. Zrozumienie roli: poziom 0.

Silimy się na tworzenie nowoczesnego, spektakularnego kina. Próbujemy dobierać muzykę, która brzmi bardzo „williamsowato” i „zimmerowato”. Bawimy się dość nieudolnie w próbę odwzorowania kadrów, przejść, prowadzenia kamery tak, jak robią to na Zachodzie. Polegamy na tym. Dynamizm to nie strzepana kamera, która przyprawia Cię o mdłości. Spektakularność nie ma nic wspólnego, z marnym dźwiękiem i jeszcze gorszymi efektami.

W kategorii „film polski” – 7/10.

W kategorii „film wojenny” – max. 5/10.