Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

Sweeney Todd: The Demon Barber of Fleet Street

ONA:

Bardzo lubię twórczość Tima Burtona. Gdy słyszę jego nazwisko widzę Johnny’ego Deppa, Helenę Bonham Carter, widzę mroczny klimat pełen grozy i jednocześnie wypełniony swoistą baśniowością. Widzę coś zupełnie innego, coś odstającego od reszty. Podoba mi się to. Nie znam totalnie jego twórczości, ale to, co mam już na koncie, mnie nie zawodzi. Przy okazji tygodnia muzycznego, nie było opcji, by nie obejrzeć przygód demonicznego golibrody, mieszkającego przy ulicy Fleet. Dziś będzie o Sweeney Toddzie.

Główny bohater (grany oczywiście przez Deppa) zanim stał się Toddem, nazywał się Benjamin Barker i był popularnym golibrodą. Miał udane życie, piękną żonę i śliczną córeczkę. Niestety, los bywa okrutny, szczególnie, gdy chodzi o kobietę, na którą ktoś inny ma chrapkę. Tym kimś jest sędzia Turpin (Alan Rickman *serduszka*), który nie przebierając w środkach skazuje Benjamina na długie lata w kolonii karnej, a sam „przywłaszcza” sobie kobiety jego życia. Gdy okres niewoli się kończy, Barker wraca z ogromną potrzebą zemsty na wszystkich, którzy doprowadzili do tragedii. Ma plan – genialny. Chce zarżnąć każdego, aż dojdzie do tego, który pogrzebał jego rodzinną sielankę. W całym tym procederze pomaga mu wspólniczka, pani Lovett (Helena B-C), która w Londynie słynie z najgorszych, najobrzydliwszych wypieków. Teraz ma okazję do poeksperymentowania w kuchni, bowiem coś z tymi wszystkimi ciałami trzeba robić. Wystarczy odpowiednie zmielenie, przyprawy, trochę ciasta i nikt nawet się nie zorientuje, że właśnie zjada człowieka.

Zacznę od plusów. Burton po raz kolejny wyczarował mega klimat. Londyn jest szaro-zgniły, bohaterowie są smutni, źli, wkurzeni i zrozpaczeni, nie cofną się przed niczym, by dojść do swojego celu, a do tego ucharakteryzowani są w sposób upiorny, co tylko podbija grozę całego przedstawienia. Jakkolwiek odrealniona nam się może wydawać fabuła, legenda o demonicznym golibrodzie w stolicy Anglii jest równie „żywa”, jak historie o Kubie Rozpruwaczu itp. Coś było, a ludzie zadbali o to, by ten przekład pozostał aż do następnych pokoleń. Jest świetnie zagrany – bo przecież Johnny’ego nie trzeba zachwalać, a Helena genialnie odnajduje się w filmach swojego partnera. Dodajmy do tego Alana Rickmana, Timothy’ego Spalla i nawet Sachę Barona Cohena – każdy z bohaterów jest na swój sposób „straszny”, ale i przerysowany. I oni wszyscy diabelnie dobrze śpiewają. Depp wyciąga z siebie największe smuty, Bonham Carter potrafi uwieść głosem jak syrena, a Rickman śpiewa o potrzebie miłości. Naprawdę to bardzo wysoki poziom i paradoksalnie często zdarza się tak, że nawet w musicalach zawodzą (ot – Pierce  Brosnan wyjący w „Mamma Mia!”). I skoro już przy warstwie muzycznej jesteśmy…

Czas na wady. Ten film jest za bardzo „prześpiewany”. Drażni to. Myślę, że o wiele lepszy by był, gdyby zamiast partii wokalnych pojawiły się normalne dialogi. Ilość zabiegów, które zaserwowane zostały nam przez twórców, sprawia, że w pewnym momencie zaczyna nam się ulewać. Zbyt sztuczne to wszystko. Zbyt dużo tego wszystkiego. Jest pretensjonalnie i może w 2 czy w 3 scenach muzyka i to całe bawienie się w śpiewanie nie irytowało. Jest zupełnie odwrotnie niż w przypadku mojego ulubionego musicalu, o którym napiszemy jutro i który jest NAJGENIALNIEJSZYM filmem muzycznym EVER!

ON:

Dziś trzeci dzień z filmami przepełnionymi muzyką. Tym razem trafiło na opowieść o demonicznym golibrodzie, która wyszła spod ręki mistrza Burtona. Historia, którą serwuje nam reżyser, opiera się na musicalu z ’79 roku i tak naprawdę powinno się oceniać tę produkcję przez pryzmat tamtego dzieła. Jednak nie miałem i pewnie nigdy nie będę miał możliwości zapoznać się z wersją z czasów, gdy rosłem w brzuchu matki, dlatego skupiam się tylko na obrazie Burtona.

„Sweeney Todd: The Demon Barber of Fleet Street” dzieje się w wiktoriańskim Londynie. Tylko, że bardziej przypina on mroczne miasto z najbardziej ortodoksyjnych około steampunkowych powieści, niż znaną z kart historii metropolię. W Toddzie widać rękę Burtona, widać ją w każdej minucie tego krwawego dramatu, na pewno duży wpływ na końcowy wygląd ma Dariusz Wolski, po raz pierwszy współpracujący z reżyserem. Ulice są ciemne, ludzie zmęczeni i brudni, a powietrze gęste jak śmietana. Tutaj robale pomykają po stołach, a szczury zjadają się wzajemnie.

W tym mieście 15 lat temu, gdy było ono inne, bardziej żywe i kolorowe, żył sobie golibroda. Kochał się on w pięknej kobiecie, mieli razem dziecko i wszyscy byli szczęśliwi. Jednak pojawił się inny mężczyzna – sędzia Turpin. Ta znana i szanowana postać bez żadnych problemów usuwa ze swojej drogi konkurenta i wysyła go na zesłanie. Sam zaś zaczyna robić wszystko, aby zalec między udami ukochanej balwierza. Mija 15 lat do miasta nie wraca już golarz, ale Sweeney Todd, zupełnie nie podobny do siebie z lat młodzieńczych, zapomniany przez wszystkich, głodny zemsty mężczyzna.

Jednak sam nie byłby w stanie doprowadzić do krwawych żniw, musiała pojawić się osoba, która będzie jego wspólnikiem. Trafiło na właścicielkę średniej jakości piekarni, panią Lovett. Kobieta zapatrzona w Todda, jest na jego każde skinienie, wspiera go w decyzjach, pomaga pozbyć ciał i skrycie go kocha. Rozpoczyna się uczta krwi, którą spijają brzytwy golibrody. Zemsta bowiem najlepiej smakuje na zimno, a ostatni kąsek, jest swoistym celebrowaniem.

Ten film mógłby być idealny, mógłby być fenomenalnym mrocznym dramatem i kryminałem, ale jest musicalem i to jest jego największym problemem. Praktycznie prześpiewany od początku do końca, nie zostawia nam ani chwili wytchnienia. Otrzymujemy jedynie plastykę obrazu, zaś dźwięków jest tylko niepotrzebna kakofonia. Szkoda, bo można było stworzyć opowieść fabularną, którą smakowalibyśmy ze smakiem, a tak dostajemy coś, co zjedzą tylko wierni fani Burtona. Dodatkowym minusem, jest to, że reżyser wsadza do każdego filmu tą samą obsadę i szczerze powiedziawszy rzygam duetem Depp i Bonham Carter, który pojawia się także tutaj.